niedziela, 13 kwietnia 2014

11. | Nie mamy wiele czasu.

~ 11 ~
Nie mamy wiele czasu.


Jasne promienie słońca oblewały asfalt, jednak jeszcze było widać poranną mgłę. Na niebie nie zauważyły żadnej chmurki, więc zapowiadał się wręcz upalny dzień. Blondynka skręciła w drogę prowadzącą przez las, a radio zaczęło trochę szwankować.
- Jesteś pewna, że to tutaj? - spytała Rebekah, rozglądając się wokół i nie dostrzegła nic, oprócz lasu. - Tu nic nie ma - dodała, zerkając na dziewczynę siedzącą obok niej.
- Stefan mówił, że jedzie do jeziora na wschód od Mystic Falls, jakieś 50km. To jedyne takie jezioro, więc tak... jestem pewna - powiedziała, nie odrywając wzroku od drogi. 
- Obyś miała rację - mruknęła, na co Caroline przewróciła oczami. 
Po dziesięciu minutach wyjechały na większe pole, gdzie był ogromny spad.
- Zatrzymaj się! - zawołała Forbes i otworzyła drzwi zaraz po tym, jak Mikaelson zahamowała. 
- Po co? - zapytała podirytowana Pierwotna i poszła za tamtą. - Przecież tu nawet nie... - nie dokończyła ujrzawszy to, czego właśnie szukały. 
Stanęła oniemiała i zamrugała oczami. Care za to uśmiechnęła się szeroko i wesoła obróciła się do Rebeki, ale zaraz uśmiech zszedł z jej twarzy. Wstrzymała na chwilę powietrze, co starsza wampirzyca zauważyła i natychmiast zwróciła się do tyłu, przyjmując gotową pozycję do ataku. 
- Witajcie, dziewczyny - przywitał się z nimi uśmiechnięty blondyn.
- Silas - rzuciła chłodno. 
Caroline nie miała odwagi odezwać się choćby słowem. Nie wiedziała, czy bardziej jest przerażona faktem, że to Silas, czy tym, że przebywała z nim kilka tygodni. 
- Spodziewałem się was tutaj. Wiedziałem, że będziecie chciały pokrzyżować mi plany - stwierdził, podchodząc bliżej nich. - Nieładnie - pokręcił głową i zacmokał. 
- Plany? Jakie plany? - Rebekah zmrużyła oczy, próbując zachować dystans między nią a 2000-letnim. 
- Cóż. To nie Twoja sprawa - rzekł opanowany i zerknął na Caroline, uśmiechając się do niej pogodnie. - Naprawdę wolisz tego nudnego Stefana, który bał się krwi? - uniósł brwi niby zdziwiony. - Ze mną miałaś swobodę, mogłaś robić co tylko chciałaś. Mogliśmy zwiedzać świat. Przecież zawsze o tym marzyłaś i mówiłaś mi o tym przez ostatni miesiąc, Care - przechylił lekko głowę i westchnął.
Dziewczyna wzdrygnęła się. 
- To był błąd - warknęła. - Nie wiedziałam, że to... TY - wskazała na niego ręką. - I odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie - tak, wolę tego nudnego Stefana - dodała z nutką dumy.
Mężczyźnie zmienił się wyraz twarzy. Spoglądał poważnie na dwie wampirzyce i zastanawiał się, czy mogą mu się jeszcze przydać, czy lepiej od razu je zabić. 
Rebece przemknął cień uśmiechu, słysząc słowa Caroline. Nie miała pojęcia, że ta tchórzliwa wampirzyca okaże się jedną z odważniejszych. Chociaż już wcześniej pokazała to, sprzeciwiając się jakieś tysiąc razy Nikowi. Nagle blondynka zaczęła myśleć inaczej o Forbes i można by powiedzieć, że trochę ją polubiła. Nie była taka zła. 
Dziewczyny, wiedząc co za chwilę nastąpi, wymieniły między sobą znaczące wzroki i z powrotem spojrzały na Silasa, wyczekując odpowiedniego momentu. 
- Niestety, teraz umiera po raz kolejny - wysyczał i skoczył na młodszą z nich. 
Mikaelson w porę zareagowała i zasłoniła sobą Care, przyjmując na siebie atak. Stoczyli się kilka metrów dalej, a Caroline miała okazję wskoczyć do wielkiego jeziora. Nie przejęła się, że będzie miała mokre rzeczy, albo że telefon jej się zmoczy. Postawiła przyjaciela na pierwszym miejscu. Pokręciła głową, myśląc nad swoją głupotą i skoczyła przed siebie. Zanurkowała, uderzając się jednym ramieniem o skałę. Syknęła, ale powróciła do swojego zadania. 
Rebekah była pod Silasem, który dusił ją, przyciskając do ziemi. Blondynka ręką wymacała kamień i uderzyła nim głowę jej przeciwnika, wbijając mu go pod skórę i przebijając czaszkę. Zielonooki zaskoczony zwrotem akcji puścił Rebekę, wyjmując ze swojej głowy twardy przedmiot. Pierwotna uciekła spod jego ciała, korzystając z jego nieuwagi. 
- Pospiesz się, Caroline - wyszeptała, patrząc w stronę wściekłego mężczyzny.
Cofnęła się kilka kroków, kiedy Silas przybliżał się do niej i rozejrzała się wokół, szukając wzrokiem czegoś pożytecznego. Najlepiej gałęzi. Oparła się o drzewo i szybko zrobiła unik przed atakiem blondyna. Chwyciła za gałąź i urwała ją, stając znowu na przeciwko mężczyzny.
Roześmiał się z widoczną pogardą. 
- To mnie nie zabije - uśmiechnął się, podchodząc do Pierwotnej powolnym tempem.
Forbes szukała po całym jeziorze czegoś, w czym mógłby być wampir, ale nic nie znalazła. Zajrzała do każdego zakamarku - wszędzie i nie było śladu po Stefanie. Dziewczyna wypłynęła na powierzchnie i wdrapała się na górę. Spodziewała się walki, ale z przewagą 2000-letniego wampira, a nie Mikaelson. Zdziwiła się jeszcze bardziej, kiedy drewniana gałąź wbiła się w klatkę piersiową zielonookiego, a ten padł na ziemię.
- Nie ma go tutaj! - zawołała Caroline.
- Szybko, do samochodu! Nie mamy wiele czasu! - krzyknęła Rebekah, biegnąc do auta.
Obie wampirzyce wsiadły do środka pojazdu i, nim Care zdążyła zamknąć drzwi, Mikaelson ruszyła z piskiem opon, zawracając w kierunku, z którego przyjechali.
- Jak to go nie ma? - dopiero teraz blondynka postanowiła spytać o to.
- Pewnie ukrył gdzieś jego ciało, skoro wiedział, że coś już jest nie tak - wytłumaczyła młodsza.
- Ale po co mu Stefan?! - zdziwiła się Pierwotna.
- Nie wiem - powiedziała i zaczęła zastanawiać się nad tym pytaniem.
Właściwie Bekah miała rację. Po co potrzebny jest Stefan Silasowi? Przecież jego sekret został wydany, więc Salvatore więcej mu się nie przyda. Chyba, że jest jeszcze coś, o czym wampirzyce nie wiedziały.
- I co teraz? - jęknęła Rebekah, w ogóle nie zwalniając. 
- Jedziemy do Mystic Falls - odparła krótko Forbes.
- Co?! - uniosła brwi zszokowana. - Czy to nie zbyt oczywiste? - mruknęła z przekąsem.
Caroline przeniosła wzrok na Pierwotną.
- Tak jakby... znam go - stwierdziła z niechęcią. - Kiedyś schował moją bransoletkę w tak oczywistym miejscu, że w ogóle na to nie wpadłam.
Mikaelson westchnęła tylko, rezygnując z dalszych pytań. Nie chciała sprzeczać się z Caroline, skoro ta miała jakieś tam pojęcie o zachowaniu i przyzwyczajeniach Silasa. 
- Nik mnie zabije - odezwała się nagle Rebekah.
Blondynka o kręconych włosach spojrzała na Rebekę zdziwiona. 
- Ubrudziłam jego nowy samochód - westchnęła z ironią, a Care zaśmiała się cicho.
Przejechały granicę Mystic Falls. Forbes rozglądała się z utęsknieniem po każdym domu. Dawno tu nie była, może spotka swoją mamę. Tak bardzo pragnęła w tamtej chwili przytulić się do niej i nigdy więcej nie puścić. 
- Zatrzymajmy się w Twoim byłym domu - zaproponowała Caroline.
Mikaelson bez komentowania pojechała w kierunku swojej willi. 
Przejeżdżając przez jedną z ulic, napotkała parę oczu. Oczu tak dobrze jej znanych, brązowych, które kiedyś mogła podziwiać codziennie. Chłopak też patrzył na nią, z nutką smutku, ale też radością i zdziwieniem. W końcu odkąd pamiętał Caroline nienawidziła Pierwotnych, w szczególności Rebeki, a teraz siedzi z nią w jednym samochodzie. 
- Tyler - wyszeptała prawie bezgłośnie.


Bonnie stała nerwowa nad Jeremim i Elizabeth, którzy siedzieli na kanapie. Carter zastanawiała się, co Bonnie zrobiła, że czarownice nie chciały jej wypuść, a tym bardziej nie oddały jej tego, co miała kiedyś najważniejsze. 
- Co się stało z moimi mocami? - spytała nagle Bennett na skraju wytrzymania.
Była bardzo bliska do wybuchnięcia, choć sama dokładnie nie wiedziała, czy bardziej chce jej się płakać, czy krzyczeć. Bezsilność. To wszystko, co mogła teraz poczuć. Jeśli nie będzie z nią Liz, to ona będzie bezsilna wobec Kola, a ten ją zabije bez mrugnięcia okiem. A nie mogła przecież trzymać się blondynki przez cały czas, w końcu będzie musiała wyjechać.
- Co się działo, kiedy wypowiadałam zaklęcie? - Elizabeth postanowiła zapytać najpierw o to, bo mogło to mieć coś wspólnego z całą resztą.
Mulatka zamrugała, zdziwiona jej pytaniem. 
- Wszystko mnie bolało - odparła - czy to istotne? - dodała.
Niebieskooka przeanalizowała jej odpowiedź i podniosła wzrok na brunetkę, po czym westchnęła, kręcąc głową zdenerwowana.
- To One zabrały Tobie moc - powiedziała.
- One? - po raz pierwszy odezwał się Jeremy.
- Czarownice - rzuciła. 
- Co? Czemu? - Bonnie zmarszczyła brwi.
Carter wzruszyła ramionami. Sama była tego ciekawa, co spowodowało, że Bennett była jedną z niewielu czarownic na czarnej liście. O ile nie jedyną. Bo przecież wiedźmy zwykłe chroniły swój "gatunek", a nie go pogrążały. 
- Może coś zrobiłaś i je wściekłaś.
- Wściekłam? Przecież nigdy nic się nie działo! - podniosła głos.
- Używałaś ekspresji, zgadłam? - uniosła jedną brew. 
- Zrobiłam kilka rzeczy, które na pewno nie były dobre dla czarownic, ale przynajmniej ocaliłam kilkanaście istnień, a może nawet więcej - wytłumaczyła szybko.
- Bonnie, co ty zrobiłaś? - spytała, marszcząc brwi lekko zmartwiona powagą sytuacji.
- To nieważne. Lepiej zobaczmy, jak można mi to zwrócić - zmieniła temat i przysiadła na fotelu, naprzeciwko blondynki i szatyna, który aktualnie siedział cicho pogrążony we własnych myślach.
- Obawiam się - zaczęła niepewnie Elizabeth - że nie można - spojrzała na Bennett.
- Co?! - podniosła się gwałtownie. - Chcesz mi powiedzieć, że już na zawsze będę zwykłym człowiekiem? Przecież to niemożliwe - jęknęła i załamała ręce.
- Nie martw się - Jer podszedł do zielonookiej i przytulił ją - coś wymyślimy. 
Po tym zdaniu nastała martwa cisza, której chyba nikt nie miał zamiaru przerwać. Carter była prawie pewna, że odebranej mocy nie da się przywrócić. To tak, jakby ze zwykłego śmiertelnika zrobić czarownika. Niestety taka prawda, ale Liz nie chciała im zabierać ostatniej garstki nadziei, bo tylko to im pozostało. 


Brązowooka wpatrywała się z ciągłym zdziwieniem w "parę", o ile mogła tak to określić. Hayley widziała tylko raz, ale z całą pewnością bardzo namieszała w Mystic Falls, a potem zniknęła nagle pojawiając się w Nowym Orleanie. To wydawało się dziwne, bo Elena nie wiedziała po co miałaby tutaj przyjeżdżać. Przecież, mimo tej krótkiej znajomości, mogła powiedzieć, że wilkołaczyca nie zjawia się bez powodu. Sam Marcel był dziwny, w pewnym sensie. On też pojawił się "znikąd" i uważał się za niewiadomo kogo. Teraz Gilbert zwątpiła w ciągnięcie tej znajomości z ciemnoskórym.
Damon skrzywił się, jak to on, kiedy tamci "poszli w ślinę", nie zwracając najmniejszej uwagi na niego i Elenę. Chyba nie traktuje się tak gości, prawda? Co za kultura w tym mieście, pomyślał ironicznie. 
- Nie chcę przeszkadzać - niebieskooki odchrząknął znacząco - ale obiecałeś nam randkę, a nie seans porno - mruknął. - Chyba, że tak właśnie wyglądają randki tutaj - uśmiechnął się półgębkiem i rozłożył ręce. 
Wampirzyca spojrzała na niego, ale musiała przyznać mu rację. Zaprosił ich, właściwie nawet nie wiadomo czemu do jego... mieszkania i olał ich. Chociaż może to i lepiej? Mogliby wymknąć się i uciec z tego dziwnego miejsca. 
- Wybaczcie - zwrócił się w końcu do wampirów. - Poznajcie Hayley - wskazał na mulatkę z uśmiechem. - Hayley to...
- My się chyba znamy - stwierdził Damon. 
- Taa, jakoś sobie nie przypominam – rzuciła obojętnie, od razu zwracając swój wzrok na Marcela. – Dzisiaj nie mogę zostać tak długo, przyszłam tylko na chwilę, muszę coś załatwić na mieście – uśmiechnęła się tajemniczo i nachyliła nad uchem mężczyzny – do jutra – wyszeptała i opuściła pokój, żegnając się z ciemnoskórym krótkim, ale pełnym namiętności spojrzeniem.
Elena podążyła za Hayley spojrzeniem, aż tamta wyszła. Salvatore zajął się królem tego miasta. Coś mu nie pasowało w tej całej schadzce. Czyżby „kobieta Wilk” planowała znowu namieszać? Jedno wiedział na pewno – to nie mogło skończyć się na zwykłym romansie.
Mulatka z uśmiechem na ustach szła przez korytarze. Wyszła z budynku i skierowała się do domu Sophie. Jak zwykła już to robić po każdym spotkaniu z panem i władcą. Nie uśmiechało jej się przebywać z tym zapatrzonym w sobie wampirem, jednak była bardzo zadowolona z efektów.
Do mieszkania Deveraux miała trochę dalej niż bliżej, ale znała drogę na skróty. Hayley mieszkała z Sophie i innymi czarownicami, na jakiś czas. Czyli dopóki dziecko jest w jej brzuchu i dopóki wydaje im się, że mogą ją chronić. A właściwie obserwować przez ten okres czasu. Wiedziała, że nikt jej tak nie uchroni, jak Pierwotni, a jednego miała po swojej stronie. Zresztą Rebekah też nie zamierzała nic jej zrobić, bo „fascynowała” ją ta cała sytuacja. Jedynie Niklaus był dla niej zagrożeniem, choć nie teraz, kiedy jeszcze może zjednoczyć jego rodzinę. Hayley zastanawiała się, czy dalej jest mu potrzebna, bo stosunki rodziny Mikaelson znacznie się polepszyły. Teraz Oni nie byli jej największym zmartwieniem. Bardziej skupiła się na najnowszym zadaniu – Marcelu, które wydawało się trudne, ale okazało się strasznie łatwe, jednak musiała pilnować się i uważać na to, co mówi. Na razie dobrze jej szło i na pewno niedługo dojdzie do wyznaczonego celu.
- I jak? - została przywitana przez czarownice krótkim pytaniem.
- Wszystko idzie zgodnie z planem - uśmiechnęła się tryumfalnie.



***

PHI. Coś nie pykło. Chyba jedyna część, która jako tako mnie się podoba to Caroline, Rebekah i Silas. Ale no co! Trzeba się cieszyć z tego, co się ma, ot! :D 
Jak zawsze dzięki wielkie Wam za wasze cudowne komentarze i za wszystko inne, kochani. <3 Bo jesteście kochani. <3 :D Także dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, żebyście cieszyli się tak bardzo, jak ja teraz przez całe życieee! :D
Nie ma co, dzisiaj tak bardzo się nie rozpiszę. Przynajmniej dużo miejsca pod rozdziałem nie zajmę. :D DO NAPISANIA! <3
Pozdrawiam, życzę ciepełka, niektórym weny, pomysłów, a innym słoneczka i zdrowia i wszystkiego co najlepsze! <3
love, love, love,
artisticsmile. <3

środa, 9 kwietnia 2014

10. | Mam Ci się zwierzać?

~ 10 ~
Mam Ci się zwierzać?


Pierwotny stanął metr przed mulatką. Była sama ze względu na to, że pozostali poszli do sklepu, a ona wolała posiedzieć na świeżym powietrzu. I teraz tego żałowała. 
Szatyn nie miał za dobrej miny, ale musiał trochę uważać, żeby nie stało się to, co ostatnio.
- Witaj ponownie w świecie żywych, Bennett - powiedział, skupiając swoją uwagę na brunetce.
- Kol - mruknęła i podniosła się na równe nogi, próbując ukryć swój strach. 
To właśnie Jego bała się najbardziej. Nie Klausa czy Elijah, tylko Kola. Wiedziała, że ten nie cofnie się przed niczym, w końcu nie ma nic do stracenia. Bonnie nie miała zamiaru z nim gawędzić, więc postanowiła go unieruchomić, żeby mogła spokojnie uciec do Jeremiego i Liz. Jedyne, o czym myślała, to żeby powalić Pierwotnego na kolana i sprawić mu ogromny ból, jednak nie stało się zupełnie nic. Nawet nic nie poczuła, żadnego przypływu energii - nic. Zaniepokojona spróbowała jeszcze raz, ale to też było na nic. 
Mikaelson obserwował Bennett z uwagą, aż uśmiechnął się arogancko, zauważając brak mocy u zielonookiej. Była bezradna i to mu się podobało. Przycisnął ją za szyję do ściany tak, że unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią, próbując złapać choć trochę powietrza do płuc. 
- Co, wiedźmo, czyżby magia Cię opuściła? - wycedził, wiedząc, że ma nad nią całkowitą przewagę. 
- Puszczaj mnie - wymamrotała ledwie słyszalnie i ciągle starała się trzymać nerwy na wodzy. 
- Teraz już nie jesteś taka odważna. Ciekawe - przechylił głowę, przyglądając jej się z lekkim rozbawieniem. - Kto Cię przywrócił? - warknął, przyduszając ją mocniej do muru.
Zacisnęła zęby i powieki. Nie mogła oddychać, a tym bardziej mówić, więc miała nadzieję, że w końcu ktoś zauważy, co się dzieje, albo Gilbert i Carter wrócą. Czemu akurat na tej ulicy chodzi tak mało ludzi? 
- Gadaj - wysyczał, patrząc jej w oczy. 
Dziewczyna ostatkami sił chwyciła za dłoń wampira i próbowała go oderwać od siebie. Siła Pierwotnego była niewyobrażalnie wielka, więc dalej pozostawała w niezbyt przyjemnej pozycji. Nie chciała po raz kolejny umierać. Dopiero niedawno powstała z martwych, nie zdążyła nawet znowu zasmakować życia. 
Widząc, że Bonnie jest na skraju poluźnił uścisk i postawił ją na chodniku. Sam nie wiedział, czemu to zrobił. Mógłby ją zabić i po kłopocie, jednak bardzo ciekawiło go, która czarownica zgodziła się na tak "niebezpieczny zabieg". W końcu nie każda ma taką moc.
- Powiesz po dobroci? - spytał spokojniej.
- Po co Tobie to wiedzieć? - żachnęła się.
- Tak sobie - wzdrygnął ramionami. - Powiedzmy, że z czystej ciekawości.
- Dobrze wiesz, że Ci nie powiem - zdobyła się na odwagę i spojrzała w jego brązowe oczy. 
- Więc bardzo mi przykro, że muszę zrobić to - powiedział obojętnie.
Chwycił jej głowę i zaraz puścił, łapiąc się za swoją własną. Wydał z siebie wściekły warkot, patrząc w stronę jego napastnika. Przed nim stała drobna blondynka z namalowanym niepokojem na twarzy. Czy to zawsze muszą być dziewczyny?, spytał siebie w myślach. 
Bonnie złapała się za szyję i wdzięczna spojrzała na Elizabeth. Po raz kolejny uratowała jej życie. Jeremy przytulił brunetkę, odchodząc od Mikaelsona. Zaraz za nimi poszła Carter. 
- Jeszcze się policzymy, Bennett! - krzyknął za nią, pozostając w agonii. 
Nienawidził wiedźm. Irytujące stworzenia, mające niestety przewagę nad wampirami. Nie. Kol musiał unicestwić tą małą, wredną Bonnie, która co chwila stawała mu na drodze. Zaczęła go denerwować na tyle, że jedyne czego pragnął to jej śmierci. Ale czy na pewno? Raz uratowała mu życie, ale to nie bezpośrednio, także nie miał czego jej zawdzięczać. Więc czemu nie zabił jej od razu? Czy chodziło tylko o ciekawość, czy może o coś więcej?



Słońce zachodziło za drzewami i robiło się coraz ciemniej. Szatynka przyglądała się czarnemu pudełku, wiedząc dokładnie co jest w środku. Miała dość. Jej życie zawaliło się w dosłownie kilka sekund i nie zapowiadało się, żeby ktokolwiek chciał to naprawić. Cóż, można to nazwać desperacją... albo nudą. W jej przypadku bardziej pasowało to pierwsze. Gdyby nie wiecznie czujne oko Pierwotnego już dawno byłaby wampirem. Zmarszczyła czoło i skrzywiła się, odkładając pudełko z powrotem w bezpieczne miejsce. 
Otworzyła okno, wpuszczając trochę świeżego powietrza i nagle spojrzała w dół. Nie potrafiła spojrzeć na to tak jak kiedyś. Teraz widziała ogromną wysokość, której w życiu nie zdołałaby przeżyć. Westchnęła i przejechała palcami po włosach. 
W końcu zeszła na dół, zastając tam Klausa. Nie wyglądał na zadowolonego, jednak Katherine dla własnego bezpieczeństwa wolała nie pytać o co chodzi. Mimo że mieszkała tutaj i była... dziewczyną brata Hybrydy, nigdy nie zamierzali zostać przyjaciółmi. Ale teraz przynajmniej nie próbują nawzajem się pozabijać. Przeszła do kuchni, starając się nie wzbudzić uwagi Pierwotnego. Chwileczkę... Uśmiechnęła się do siebie szeroko i powoli podeszła do drzwi.
- Zdajesz sobie sprawę, że słychać każdy Twój ruch, Katherine? - usłyszała głos niedaleko siebie.
Serce podeszło jej do gardła i zaczęło walić jak oszalałe. Przestraszyła się bliskością mężczyzny. Przecież sekundę temu siedział na kanapie! Ugh, mój mózg powoli zaczyna przyzwyczajać się do człowieczeństwa, pomyślała. 
- Zdajesz sobie sprawę, że wcale mnie to nie obchodzi? - odgryzła się.
Zaraz tego pożałowała, widząc niezbyt ucieszony wyraz twarzy Niklausa. 
- Zdajesz sobie sprawę, że ranisz tym Elijah? - podniósł brwi i uśmiechnął się sarkastycznie, kiedy ta nie odpowiedziała. - Widzisz, może ja i mój brat nie jesteśmy w jakiś szczególnie dobrych relacjach, ale to nie znaczy, że pozwoliłbym Ci uciec - powiedział opanowany i wypił do końca szklankę. - Możesz jeszcze się przydać - wyszeptał, wskazując ręką w głąb domu. 
Pierce prychnęła rozjuszona i obrażona weszła do środka, kierując się w stronę salonu. 
- Jakiś ty troskliwy - warknęła opryskliwie. 
- Taki już jestem - uśmiechnął się serdecznie. - Coś do picia? - zaproponował i stanął przy barku. 
Dziewczyna spojrzała na niego z miną, jakby z niej żartował. Okej, miły Klaus, czyżby przedtem spotkał się z Blondie?, spytała w myślach i uśmiechnęła się do siebie ironicznie. A przed chwilą był taki zły. 
- Nie patrz tak - rzucił. - Elijahy tego nie powiesz - stwierdził i podał jej jedną z dwóch szklanek z bursztynowym napojem. 
- Mam Ci się zwierzać? - parsknęła po chwili milczenia. - Chyba kpisz - dodała. 
- Niech zgadnę - zaczął i usiadł na fotelu - uważasz, że jesteś bezwartościowa nie będąc wampirem - dokończył swoją myśl.
Petrova zacisnęła szczękę, czując się urażona przez Pierwotnego. Wcale tak nie myślała, a przez niego prawie zaczęła.
- Nie - rzuciła wściekle i zmrużyła lekko oczy. 
- Cóż, nic dziwnego - wzruszył ramionami i uśmiechnął się kąśliwie. - W końcu Elijah odejdzie do jakieś wampirzycy, z którą będzie mógł być na zawsze - powiedział. – Z Tobą to tylko zauroczenie.
Szatynka poczuła się, jakby dostała policzek w twarz. Wiedziała, że to nieprawda. Elijah taki nie był. Poza tym zapewniał ją, że nigdy jej nie opuści i będzie po nią wracał za każdym razem. Czemu więc Klaus mówił takie rzeczy? Żeby dopiec Katerinie? Jeśli taki był jego cel, to udało mu się. Nic tak nie wzbudzało uczuć dziewczyny, jak właśnie najstarszy Pierwotny. Kath nie chciała pozostać mu dłużna. Nikt nie będzie mówił jej takich rzeczy.
- Ta Twoja Caroline nawet nie potrzebowała, żebyś został człowiekiem - uniosła delikatnie kącik ust, uśmiechając się złośliwie. 
Hybryda podbiegł do dwudziestolatki i stanął tuż przed nią, nie mogąc powstrzymać głupiego uśmiechu, kiedy widział w jej oczach strach. A niby taka odważna, pomyślał i prychnął w myślach. 
- Na razie - mruknął ostro i odsunął się od niej. - Widziałaś gdzieś moją siostrę? Nigdzie nie mogę jej znaleźć - odezwał się, nagle zmieniając ton głosu na miły. 
Katherine zdziwiona gwałtowną zmianą u Klausa nie odpowiedziała. Zresztą i tak nie miała pojęcia, gdzie może być Rebekah. Z nią też nie żyła w koleżeńskich stosunkach. Właściwie to musi być uciążliwe, kiedy rodzina Twojego ukochanego nienawidzi Cię. A jednak Pierce zdawała się w ogóle tym nie przejmować. 
- Nie wiem - warknęła - i nie obchodzi mnie to - dodała. - Twoja siostra, Twój problem.
Gdyby tylko była wampirem... na pewno znalazłaby sposób na pozbycie się Niklausa i Bekah. To przez Klausa Elijah wyjechał z Mystic Falls, zamiast jechać gdzieś z nią. 
Kath wkurzona odwróciła się na pięcie, prawie wpadając na szatyna. Uniosła głowę, spoglądając na spokojną twarz Elijah. Wyminęła go bez słowa i wróciła do swojego pokoju. Nie miała już ochoty kłócić się z kimkolwiek, więc po prostu odpuściła to spotkanie towarzyskie. 
Brązowooki spojrzał na swojego brata i westchnął ciężko, siadając na kanapie. Złożył ręce i położył łokcie na kolanach. 
- Dzwoniłem do Rebeki - rzekł.
- I co? - spytał zainteresowany.
- Nie odebrała - starszy z nich spuścił wzrok, a blondyn wściekły odłożył szklankę na stolik. 
- Ukradła mój samochód i jeszcze nie odbiera telefonu! - ryknął zdenerwowany na siostrę. 
- Uspokój się, Niklaus. Może to coś ważnego - powiedział opanowanym głosem Elijah.
- Mogłaby pofatygować się, żeby nam coś powiedzieć! - warknął.
Rozgniewany zaszył się w swojej pracowni, wywołując tym u szatyna jedynie westchnienie. On rozumiał. Przecież Rebekah miała ponad tysiąc lat, nie musiała spowiadać się z każdego jej wypadu starszym braciom. Od Kola nie ma wiadomości już od kilku miesięcy i jakoś nikt nie wpadł na to, żeby go poszukać. 



Szatynka weszła do znanego jej budynku i po schodach zeszła do piwnicy. Przeszła przez długi korytarz i doszła do masywnych drzwi. Posłała mężczyźnie, który pilnował wejścia, pewny siebie uśmiech, a ten bez zbędnych pytań otworzył jej, żeby mogła spokojnie dojść do celu. 
Wszyscy znali ją tutaj prawie tak dobrze, jak właściciel tego podziemia. A przynajmniej tak myśleli. W rzeczywistości nikt nie miał pojęcia, co skrywa wysoka mulatka. Ukrywała się tak dobrze, że nikt nie zdołał dostać się do jej wnętrza, a tam działo się bardzo wiele i było dużo tajemnic. 
Przechodząc przez próg zauważyła dwoje trochę jej znanych wampirów. Nie za bardzo interesując się tą dwójką, podeszła do Marcela i przywitała się z nim buziakiem w usta.
Damon i Elena spojrzeli po sobie zdziwieni. Co ona tu robi?, pomyślała Gilbert. Nikt raczej nie miał zamiaru odpowiedzieć na to pytanie, szczególnie, że tamci byli zbyt zajęci sobą i chyba nawet nie przeszkadzało im towarzystwo innych w tym pomieszczeniu. Hayley i król Nowego Orleanu? Serio?


 ***


HEJKA, kochane grzybki, które co prawda rosną jesienią, ale w wiosnę też cieszą innych swoimi twarzyczkami! <3 Radośnie was witam, bo mam taki świetny humor! Hahaha, wiem, że was to akurat nie obchodzi, ale i tak się cieszę! RAJUŚKU! Wygraliśmy dzisiaj mecza w kosza! To były takie emocje, że szok! W ostatnich sekundach trafiliśmy kosza i wygraliśmy o 1pkt! SZALEŃSTWO, ludzie. xD AAAA! Będę się drzeć, jak głupek (jak to ma w zwyczaju mówić pani od pp)! :D RADOŚCIĄ WAS OTULAM. :D
Ekhm. A teraz do rzeczy. Znowu rozdział krótki. Ale obiecuję, że od 20 będą o wiele dłuższe, bo one mają coś koło 10 stron w Wordzie (a te zazwyczaj po 5/6/7). Czasami nawet więcej! Ale co ja tam. ECH. Kompletnie straciłam wenę. Powaga! Od niedzieli zeszłego tygodnia, czyli już półtora tygodnia napisałam dopiero 4 strony. Niepełnie dwie sceny, jestem sobą zawiedziona. :(
Ale przecież na pesymistycznych myślach się nie kończy. Dalej jesteście słodziakami i na zawsze nimi pozostaniecie. :D Dziękuję Wam, kochani, bo TAK i tyle, no. xD Dziękuję za wyświetlenia, za wasze ciepłe (w przeciwieństwie do dzisiejszego pogody) słówka i ogólnie za to, że po prostu jesteście. :D
OKEJ, Lauro, miałaś rację, trochę się rozpisuję, ale to z przyzwyczajenia. :p
Więc pozdrawiam was, grzybki moje i życzę wam wszystkiego co najlepsze, a także ciepełka i pogody i słoneczka! I zdrowia, bo to w życiu ważne. <3
love, love, love,
artisticsmile. <3

PS. Stwierdzam, że szukanie gifów to jedna z trudniejszych robótek. xD I tak nie jestem z nich zadowolona, no ale... jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Albo nie. xD

niedziela, 6 kwietnia 2014

9. | Nikt nie będzie tykał mojej szyi.

~ 9 ~
Nikt nie będzie tykał mojej szyi.


- Marcel! - zawołał niby to radośnie Pierwotny i przywitał się z uśmiechniętym kolegą męskim uściskiem.
Przyszedł do baru, wiedząc że ciemnoskóry tutaj będzie. To właśnie tu brunet przebywał najczęściej po dwudziestej pierwszej. O ile nie chodził ze swoimi kumplami ulicami, zjadając każdego, kto tylko stanął im na drodze.
Usiedli razem przy ladzie, zamawiając dla siebie whiskey.
- Co Cię do mnie sprowadza, Klaus? - spytał Marcel z małym zaciekawieniem.
- Miałem ochotę napić się z moim przyjacielem - odparł i wychylił szklankę z bursztynowym napojem.
Oboje pogrążyli się w zwyczajnej rozmowie, jednak Niklaus czekał na odpowiedni moment, żeby podpytać go o czarownice. Może też dowie się na temat tajemniczej wiedźmy, chcącej zabić Hayley. Tak naprawdę brązowooki denerwował Hybrydę faktem, że zabrał mu Jego miasto, które stworzył przed setkoma latami i jeszcze twierdził, że należy do niego.
- Więc, powiedz mi, Marcel, co sprawia, że masz taką moc w tym mieście? - Klaus zapytał ze znaczącym uśmiechem.
Ciemnoskóry zamilkł i spoważniał. Cóż, tak się składało, że brunet dobrze wiedział o czym mówi Mikaelson. Jak zwykle chciał dowiedzieć się czegoś, myśląc, że On darzy go zaufaniem i wszystko mu wyćwierka. Jednak Marcel nie był taki głupi. Miał swój własny plan, którym zamierzał unicestwić upartego Pierwotnego i pozbyć się niewyobrażalnego ciężaru. Zmęczyła go rywalizacja z blondynem, który myślał, że w końcu go pokona i zdobędzie należący do Marcela tron.
- Może to przez urok osobisty - rzucił serdecznie i roześmiał się.
Błękitnookiemu spełzł uśmiech z twarzy, kiedy tamten na niego nie patrzył. Przymrużył powieki, zastanawiając się nad czymś.
- Pytam poważnie - rzekł.
- A ja Tobie poważnie odpowiadam, Niklaus - zwrócił się twarzą w stronę Pierwotnego. - Nie mogę Tobie tego wyznać, to zbyt wielki sekret - uśmiechnął się ponownie i wstał. - Miło było z Tobą porozmawiać, Klaus. Niestety muszę już wracać. Obowiązki - ostatnie słowo wyszeptał, wskazując palcem za siebie i wyszedł z lokalu.
Blondyn spojrzał posępnie na barmana i zamówił całą butelkę, której zawartość po trochę wlewał do kryształowej szklanki. Jak on śmiał wyrażać się do niego w taki sposób? Jeszcze za to zapłaci. Tego Mikaelson był stu procentowo pewny.



Blondynka przemierzała kolejne ulice, a w jej głowie roiło się tysiące myśli. Najczęstsze pytanie, które sobie zadawała brzmiało: "jak ja mogłam tego nie zauważyć". Złapała się za głowę, próbując uciszyć szaleńczą burzę i spokojnie pomyśleć. Miała tak wiele pytań i nie otrzymała żadnej odpowiedzi.
Szła już dziesięć minut, więc postanowiła przyspieszyć, wykorzystując swoje wampirze zdolności. Musiała komuś to powiedzieć, a jedyną właściwią osobą wydawał jej się Mikaelson. Nie uśmiechało jej się współpracować z Hybrydą, choć po ostatnim ich spotkaniu cieszyła się, że znowu spotka Klausa. Potrząsnęła lokami na prawo i lewo, chcąc ogarnąć się i stanęła przed wielką posiadłością. Chwilę później już była w środku, nawet nie zastanawiając się czy zapukać.
- Kla... - nie dokończyła.
Przyduszona przez blondynkę Caroline, starała złapać oddech i zdziwiona patrzyła na Rebekę. Po chwili Pierwotna uśmiechnęła się ironicznie, zwalniając lekko uścisk na szyi dziewczyny.
- Kogo my tu mamy. Słodka Barbie we własnej osobie - prychnęła i puściła wampirzycę.
Forbes chwyciła się za bolące miejsce, zerkając na siostrę Hybrydy. Nie przepadała za nią. W ogóle nie spodziewała się spotkać ją w tym domu, chociaż to właściwie był jej dom.
- Nika nie ma, więc nie masz tu czego szukać - rzuciła, nim tamta zdążyła się odezwać.
- To ważne - powiedziała, idąc za Mikaelsonówną. - Kiedy wróci? - spytała i stanęła w progu, obserwując Rebekę, jak ta siada na kanapie i bierze jakieś czasopismo do rąk.
Wyjrzała na nią znad gazety i wywróciła oczami.
- Nie wiem - mruknęła obojętnie. - A co jest takiego ważnego, że zdobyłaś się na odwagę i przyszłaś tutaj? - zapytała, mimo że wcale nie interesowała ją odpowiedź.
Caroline z wahaniem weszła do salonu i przystanęła nad Pierwotną. Nie chciała zwierzać jej się, ale ona także mogła być pomocna. Jednak czy nie lepiej byłoby poczekać na Klausa? Westchnęła i z ciągłą niepewnością postanowiła powiedzieć jej o wszystkim, co zdążyła zaobserwować.
- Chodzi o... Stefana - zmarszczyła brwi.
Starsza wampirzyca spojrzała z zaciekawieniem na Forbes i odłożyła gazetę na stół. Forbes zdziwiła się zachowaniem blondynki, jednak nie skomentowała.
- Mów dalej - zachęciła ją gestem ręki.
- Właściwie to nie wiem czy o Stefana. Właśnie o to chodzi, że to nie Stefan - powiedziała cicho i spuściła wzrok, myśląc czy to co powiedziała w ogóle miało sens.
- Jak to NIE Stefan? - podniosła brwi. - Masz na myśli, że ktoś go zahipnotyzował?
Mikaelson wydała się być bardzo przejęta tą sytuacją. W końcu sama zauważyła zmiany w młodszym Salvatorze no i trochę jej na nim zależało. Ale tylko trochę.
- Nie wiem, wydaję mi się, że nie - wymamrotała. - Myślę, że to może być ktoś inny. Silas - w tym momencie spojrzała na Pierwotną.
- Chyba żartujesz - rzuciła z deka oburzona jej myśleniem.
- To ma sens! - zawołała nagle ożywiona Care. - To Stefan zawiózł skamieniałe ciało Silasa, a co jeśli - spauzowała, przykładając dłoń do brody - on wcale nie został zaczarowany? - dokończyła.
- Albo czar przestał działać - stwierdziła Rebekah.
- O mój Boże - wyszeptała Forbes. - To znaczy, że to Stefan leży na dnie jeziora! Musimy mu pomóc! - zawołała.
Obie spojrzały po sobie z powagą i ruszyły w kierunku wyjścia. Całkowicie zapomniały o niechęci do siebie. W tej chwili liczył się dla nich młodszy Salvatore. Nawet Mikaelson nie ukrywała, że zależy jej na blondynie i cholernie przejęła się tą sytuacją. Nie przejmowała się co myśli o niej Forbes i co będzie o niej gadała potem. 
Sama Caroline nie interesowała się Rebeką. Obojętne było czy pojedzie z przyjacielem czy wrogiem. Chciała tylko wyciągnąć Stefana z kłopotów. Ciekawa była, czemu Silas jej nie zabił od razu. Czemu w ogóle tego nie zrobił? Przecież wcześniej prawie ją zabił, a teraz? Czyżby spodobało się mu bawienie w kogoś innego? Jednak, gdyby tak było, to pobiegłby uratować Elenę, a nie zrobił tego. Więc co nim kierowało przez te trzy tygodnie, kiedy z nią przebywał? Pomagał jej, był wsparciem. Pewnie gdyby nie spostrzegawczość i ciekawość Care, bratałaby się z wrogiem. 
Dziewczyny wsiadły do samochodu starszego brata Pierwotnej - Niklausa i odjechały spod wielkiej willi, kierując się do Mystic Falls. W trakcie drogi, o dziwo, zamieniły ze sobą kilka zdań, a nawet więcej. Znalazły wspólny język, choć musiały przyznać to z niechęcią.



Dziewczyna szła wraz z chłopakiem, nie patrząc nigdzie indziej tylko pod nogi. Irytował ją Nowy Orlean. Gdyby nie chęć zemsty, dawno wyjechałaby stąd. Jednak wciąż trzymała ją tutaj jedna osoba, która denerwowała ją samym byciem. Znowu była tak blisko i znowu coś jej przeszkodziło. 
Niebieskooki zauważył, że Eleną kieruje teraz jedynie nienawiść. Od kilku dni nie widział u niej żadnego przebłysku współczucia, czy też dobra. Stała się maszyną bez jakichkolwiek "zbędnych" uczuć. 
- Możesz w końcu przestać? - spytał podenerwowany całą sytuacją.
Gilbert przeniosła wreszcie wzrok na jej towarzysza i wzięła głęboki wdech. Zmarszczyła brwi i przystanęła w miejscu. Chciała porozmawiać z Damonem, nie pokłócić się, tylko porozmawiać, jak kiedyś. Miała dość tej ciągłej ciszy, mimo że to ona była tego przyczyną. Tak, miała tego świadomość, ale nic nie mogła na to poradzić. To było silniejsze od niej samej. 
- Co?
- Te Twoje fochy - prychnął. - Mówiłem od samego początku, że Katherine nie da Ci wygrać. A teraz kiedy ma przy sobie jednego z Pierwotnych to nawet nie licz na to, że uda Ci się do niej zbliżyć. Ma już zapewnioną ochronę dwadzieścia cztery na dobę. Sama widziałaś, jak zareagował. Gdybyśmy zostali tam dłużej, to kto wie, czy mogłabyś dalej myśleć - wyrzucił z siebie, cały czas patrząc w oczy szatynki. 
Nie żałował żadnego słowa. A nawet ucieszył się, widząc w jej spojrzeniu coś innego niż nienawiść do panny Pierce. Był na dobrej drodze odzyskania Eleny, za którą zdążył potęsknić. 
- Ja... wiem - przyznała, spuszczając wzrok na ziemię - ale tak bardzo chciałabym, żeby zapłaciła za wszystkie szkody, jakie wyrządziła w naszym życiu - spojrzała na starszego Salvatora. - Może brałam to jako mój cel w życiu - wzruszyła ramionami. - Nie chcę więcej o niej myśleć, kiedyś i tak umrze - powiedziała i uśmiechnęła się słabo. - Przepraszam - rzuciła po chwili. 
Damon uniósł brwi, wręcz nie wierząc w to co usłyszał. Czyżby ona go przeprosiła? Uśmiechnął się półgębkiem i bez dłuższego zastanowienia wpił w usta wampirzycy. Brązowooka z początku nie odwzajemniała pocałunku, zdziwiona nagłą zmianą wampira, ale po krótkiej zachęcie ze strony Salvatora przyciągnęła go bliżej siebie, mocniej całując. 
Spojrzeli po sobie z uśmiechem na ustach i przytulili bez zbędnych słów. Nie chcieli psuć tej chwili. Może i głupio zaczęli swoje wakacje, ale kto wie, jak się skończą. 
- Witamy w Nowym Orleanie - usłyszeli za sobą męski głos, więc w natychmiastowym tempie skierowali się w tamtą stronę. 
Niedaleko nich stało dwóch facetów i jedna kobieta. Cóż, chyba nie chcieli powitać się z nimi w grzeczny sposób. Szatynka zdziwiona przejechała wzrokiem po całej trójce, a Damon tylko wywrócił oczami. Oczywiście, nigdy nie mogą mieć pełnego spokoju. Zawsze coś. Westchnął. 
- Mamy nadzieję, że pobyt tutaj przypadł wam do gustu - powiedział mężczyzna stojący na czele - i zdążyliście świetnie się pobawić - uśmiechnął się szeroko. 
W jednej sekundzie znaleźli się blisko nich, próbując zaatakować. Salvatore odparł atak jednego z nich, który chciał go ugryźć i przyłożył mu w twarz. 
- Nikt nie będzie tykał mojej szyi, jasne? - warknął wściekle.
Elena próbowała poradzić sobie z ciemnoskórym, bo blondynka była łatwiejsza do pobicia. Kiedyś ćwiczyła z Alarickiem i, jak widać, słusznie. 
Brązowooki zdziwiony siłą dwóch, jak twierdził, ludzi stanął w miejscu. Przyjrzał się im i uśmiechnął przyjaźnie, rozkładając ręce. Przystopował tym samym zapał pozostałej dwójki, która stanęła za nim z zawodem. W końcu nie zjedli. 
- Miło widzieć moją rodzinę - odezwał się ciemnoskóry.
Jednak Gilbert i Damon nie wyglądali na zadowolonych z tego spotkania. No bo, kurczę, zrobili na nich zamach bez żadnego ostrzeżenia czy coś. Czy oni naprawdę wyglądali jak normalni ludzie? Niebieskooki obrzucił starszego wampira spojrzeniem pełnym irytacji. Co za miły typek, pomyślał z przekąsem. 
- Rodzinę? - prychnęła Elena. - Nawet Cię nie znamy - mruknęła, otrzepując ubranie z niewidocznego kurzu. 
- Och, jestem Marcel, miejscowy król - powiedział z dumą - a to Erin i Cody - wskazał za siebie, nie odrywając choćby na chwilę wzroku od szatynki. 
- Cała przyjemność po naszej stronie - rzucił z ironią Salvatore, zauważając spojrzenie nieznajomego. - Albo i nie - syknął ledwie słyszalnie pod nosem.
- Wybaczcie za to nieporozumienie.
- Jasne. Bo to, że mieliśmy posłużyć wam jako jedzenie to wcale nic wielkiego - warknął brunet. 
- Więc, co powiecie na wspólną kolację? - zaproponował. - W ramach przeprosin. 
- Zapraszasz nas na randkę? - zapytał ironicznie Damon.
- To tylko przeprosiny - uśmiechnął się serdecznie. 
Elena zerknęła na Salvatora i wróciła na Marcela. Wzruszyła ramiona i także się uśmiechnęła. 
- Nie ma sprawy - odparła.
Damon skrzywił się, słysząc jej odpowiedź. Czy ona zgodziła się na szwędanie z tą bandą patałachów?! Chyba oszalała. Ale może być całkiem niezła zabawa...



***

No witam, witam, małe kochane gołąbki! :) Czy tylko mnie wydaje się, że ten rozdział jest jakiś taki krótki? :o Dopiero teraz to zauważyłam. xD No cóż, komentować go nie będę, bo nie lubię pisać tak brzydko, zresztą mówić też nie. :p Jak zawsze dziękuję za komentarze, które serio sprawiają, że każdy dzień jest lepszy, no i motywują. :D Ale przede wszystkim dzięki za tą codzienną radość. <3
Ach, ach, wybaczcie, że dzisiaj tak mało się rozpiszę pod rozdziałem, ale muszę posprzątać i w ogóle zrobić tyle rzeczy na jutro, że chyba się nie wyśpię. :/ No nie będę was tym zadręczać, haha. :D Minęła właśnie... 12... w radio ZET! 
Jeszcze raz DZIĘKUUUUUJĘ, KOCHANE GRZYBKI, KOCHAM WAS JAK SŁONECZKO, KTÓRE WŁAŚNIE OGRZEWA MOJE RAMIĘ I KOCHAM WAS, JAK... JAK NIE WIEM CO. <3 Gdybym mogła to uściskałabym każdego z was z osobna, żeby wam podziękować. <3 
Pozdrawiam, życzę tym, co piszą opowiadania weny, a tym co nie to fajnego przyszłego tygodnia, oczywiście tym co piszą też, haha. :D I wielu innych rzeczy, żebyście byli szczęśliwi każdego dnia. <3

love, love, love,

artisticsmile. <3

środa, 2 kwietnia 2014

8. | Zawsze będę po Ciebie wracał.

~ 8 ~
Zawsze będę po Ciebie wracał.


Szatyn chodził w tę i we w tę, myśląc nad słowami dziewczyny. Nie mógł dopuścić do takiego obrotu spraw. W końcu miał ją przy sobie, a był pewien, że gdy tylko przemieni ją w wampira ona od niego ucieknie. Znowu zostanie wredną, kłamliwą Katherine. Może i był egoistą, ale Petrovę kochał nad życie i nie chciał jej stracić. Nie znowu.
Brązowooka siedziała, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Powiedziała to, co chciała, nie zamierzała odpuścić. Nie potrafiła być człowiekiem. Po tylu latach trudno zmienić swój styl życia. Jeść kanapki z serem, pić ciepłą herbatę, ubierać się cieplej. Ona była przyzwyczajona do krwi i alkoholu. Zresztą, chciałaby zobaczyć minę Gilbert, kiedy stanie przed nią i z nią wygra. Bo Katherine Pierce nigdy nie przegrywa.
Elijah stanął i skierował wzrok ku Katerinie. Pokręcił głową.
- Nie mogę tego zrobić - powiedział poważnie.
- Nie możesz, czy nie chcesz? - spytała, mrużąc delikatnie oczy.
Nie odpowiedział. Jednak Pierce dobrze znała odpowiedź. Przełknęła ślinę i podniosła się z kanapy, na której siedziała.
- Nie ufasz mi - miało to zabrzmieć jak pytanie, ale ona to stwierdziła.
- Ufam Tobie, jednak nie potrafię zaufać Katherine - przyznał.
- Elijah, to wciąż będę ja - powiedziała.
- Nie, Katerino - rzucił stanowczo, na co dziewczyna spojrzała zdziwiona na niego. - Nie chcę patrzeć jak kolejny raz ode mnie odchodzisz - odszedł od niej od kilka kroków, odwracając się do niej tyłem.
- Za pierwszym razem chciałeś oddać mnie w ręce Klausa - przypomniała z przekąsem.
Zacisnął szczęki. Miała rację. Jak on mógł być kiedyś taki głupi, że chciał zabić ukochaną dla brata, który miał swoje marzenia o byciu hybrydą? Przymknął powieki.
- Nie o ten raz mi chodziło - mruknął cicho.
- A który? - spytała coraz bardziej zdenerwowana. - Ostatnio to TY ode mnie odszedłeś. Mam bardzo dobrą pamięć - warknęła.
- Ale wróciłem - mówiąc to zwrócił się ku niej.
- Wróciłeś po lekarstwo, nie po mnie, Elijah - ledwo wypowiedziała to zdanie.
Nigdy mu nie mówiła o tym, co ją najbardziej boli. Ból spowodowany był tym, że szatyn wolał głupi eliksir od niej. Wziął ją, jakby była zastępstwem, pocieszeniem.
Pierwotny od razu zauważył zmianę na twarzy dziewczyny. To była prawda, ale tylko po części. Przyjechał do Mystic Falls po lekarstwo dla Rebekah, jednak chciał znowu zobaczyć Katherine, chciał porozmawiać z nią i zmienić wcześniej podjętą decyzję. Ile nocy spędził na myśleniu o niej i o tym, jak bardzo chciałby cofnąć się w czasie do tamtej rozmowy. Chociaż wiedział też, że popełniłby wielki błąd. Gdyby nie on, Klaus zabiłby Hayley i to dziecko. A może nawet nie dowiedziałby się o tym? Teraz niczego nie żałował. Nie żałował, że jest szansa na pokój w jego rodzinie, że Rebekah spełni jedno ze swoich ludzkich marzeń, że są w Nowym Orleanie i najważniejsze - nie żałował, że Katerina znowu jest człowiekiem.
Spojrzał na nią i przyłożył obie dłonie do jej policzków, zmuszając do uniesienia wzroku.
- Zawsze będę po Ciebie wracał, Katerino - rzekł i musnął jej czoło, zamykając oczy.
Z trudem utrzymywała łzy, które tak bardzo chciały wyjść na światło dzienne. Musiała być twarda. Kochała Elijah, ale nie chciała starzeć się przy nim, kiedy to On wciąż będzie wyglądał, no cóż, młodo i seksownie. Cofnęła się, przybierając maskę. Postanowiła udawać wkurzoną, bo taka w sumie była, ale najbardziej chciała zakryć przygnębienie.
Mikaelson smutno patrzył na Pierce. Nie chciał jej zranić, jednak nie mógł zmienić ją w wampira. Nie teraz. Chciał jeszcze nacieszyć się jej bytem. Westchnął ciężko.
Petrova ruszyła w kierunku drzwi, chcąc wyjść stąd jak najszybciej, ale przed nią pojawił się najstarszy wampir.
- Gdzie się wybierasz? - zapytał, marszcząc brwi.
- Nie Twój interes - rzuciła chłodno i starała się go ominąć.
Słowa dotknęły Pierwotnego, jakby Katherine wbiła kołek w samo jego serce. Było już późno, a ona miała zamiar wyjść do miasta pełnego wampirów. Nie ma mowy!
- Nigdzie nie idziesz - powiedział dobitnie.
- Będziesz musiał mnie zmusić - zmrużyła groźnie oczy - albo zabić - dodała.
Elijah zamrugał kilkakrotnie oszołomiony słowami szatynki. Skąd u niej ta nagła zmiana? Nawet jeśli bardzo zdenerwowałby się na Kath, to w ogóle nie przeszłoby mu przez myśl, żeby ją zabić. Nie potrafiłby tego zrobić. Dlatego musiał ją tu przetrzymać, żeby przeżyła. Naprawdę martwił się o nią.
- Idę z Tobą - rzucił po dłuższej chwili ciszy i otworzył drzwi przed Kateriną.
Wywróciła oczami i wyszła przed posiadłość. Z jednej strony cieszyła się, że Mikaelson tak bardzo bał się o nią, a z drugiej miała zamiar zapomnieć o kłótni z nim w samotności, a nie z nim.
Kąciki jego ust subtelnie podniosły się w górę, po czym poszedł za dziewczyną, wystawiając ku niej łokieć, którego złapała się z lekkim wahaniem. Razem poszli do centrum.


Blondyn wszedł do pokoju zajmowanego przez wampirzycę. Caroline nadal była zła na swojego przyjaciela, który nie chciał pomóc jej uratować Eleny i od ich kłótni nie odzywała się do niego, co było bardzo uciążliwe. Szczególnie dla blondynki. Dlatego nawet nie spojrzała w kierunku Stefana, kiedy ten powiedział jej imię, próbując jakoś dotrzeć do niej.
- Caroline - powtórzył, siadając na łóżku i patrząc jak blondynka układa włosy - przepraszam - nie słysząc nic ze strony wampirzycy, postanowił kontynuować: - wiem, nawaliłem, ale nie mogłem tam iść, bo nie potrafiłbym przebywać z nią, wiedząc że już nigdy nie będzie moja - wyjaśnił.
Panna Forbes odwróciła się na obracanym krześle i spojrzała na młodszego Salvatora z niedowierzaniem. Usłyszała w jego głosie nutkę sarkazmu, ale postanowiła to zignorować, skupiając się głównie na przesłaniu.
- Aha! - zawołała z udawanym zrozumieniem. - Więc postanowiłeś sobie posiedzieć w domu i spokojnie czekać na wieści? - prychnęła głośno i wstała. - Odpuść sobie ją w końcu, Stefan! Uwierz, chciałabym żebyś to Ty z nią był, ale ona wybrała inaczej. Tylko marnujesz siebie i Twój ogromny potencjał - wyrzuciła z siebie, co dało jej wielką ulgę.
Nareszcie to powiedziała!
Zielonooki zmarszczył brwi i po chwili spuścił wzrok na dłonie, którymi się bawił. Może i blondynka mówiła prawdę, jednak jak można zapomnieć o tak wielkiej miłości.
Przyjrzała się mu i dostrzegła obojętność. Pierwsze co przyszło jej na myśl to, że Stefan wyłączył uczucia. Ale dla Caroline był zawsze miły, wspierał ją i pomógł otrząsnąć się po Tylerze, a nawet nie popadł w amok krwi. Chociaż dziwne było to, że pił ludzką krew bez żadnych odpałów, jakie miewał kiedyś. Westchnęła cicho, kupując jego zagrywkę, co wcale nie oznaczało, że wybaczyła mu do końca. Wciąż była wściekła, ale już nie aż tak, starała się go zrozumieć.
- Jako wynagrodzenie, zapraszam Ciebie na cały dzień w moim towarzystwie.
Podniósł się z łóżka i uśmiechnął się przekonująco, wskazując na siebie.
Forbes przekrzywiła głowę i zastanowiła się nad propozycją blondyna. Nie mogła boczyć się na niego wiecznie. Nigdy nawet taka nie była. Poza tym, po co miałaby marnować wakacje przez jakieś fochy? Wypuściła z siebie powietrze i poddała się ostatecznie.
- Zgoda - rzuciła z deka naburmuszona.
Błękitnooka wzięła swoją torebkę, do której schowała potrzebne rzeczy i była już gotowa, bo wcześniej miała zamiar pójść na zakupy. Stanęła przy Stefanie i uśmiechnęła się wesoło.
- Idziemy - powiedział, odwzajemniając jej uśmiech i otworzył przed nią drzwi.
Przez całą ich drogę kilka razy złapała się na tym, że próbowała wychwycić w zachowaniu młodszego Salvatora coś normalnego dla niego. Tak, miała się tym nie przejmować, jednak to był taki odruch i nie potrafiła tego nie robić. To przychodziło samo od siebie. No i, o dziwo, dostrzegła, że tylko jedna rzecz jest w nim taka sama - wygląd.


Niebieskooka zacisnęła mocniej powieki i nagle otworzyła szeroko oczy, zduszając w sobie krzyk.
- Co się dzieje? - zapytał zaniepokojony stanem blondynki Jeremy.
Od razu wstał z trawy, podchodząc bliżej kręgu, jednak stanęła mu na przeszkodzie niewidzialna bariera. Zdziwiony chłopak obrzucił wzrokiem Elizabeth i znowu spróbował przejść do czarownicy.
- Coś mnie powstrzymuje - rzuciła Carter i wzięła głęboki wdech.
Zrobiła zaciętą minę. Nigdy nie była poddana wiedźmom, nie rozumiała po co teraz chcą wtrącić się w jej zadanie. Usłyszała w swojej głowie głośną awanturę i jedyne co z tego potrafiła zrozumieć, to jedno słowo "nie". Potem mogła usłyszeć coś o konsekwencjach, o tym, że tak nie wolno. Jednak Liz wcale a wcale nie przejęła się groźbami czarownic. Była niezależna, mogła robić co chciała i z pewnością miała większą siłę od nich wszystkich razem.
Myślała, że pójdzie jej to łatwiej, ale musiała odwołać się do księgi czarów. Zaklęcie utkwiło jej w głowie, bo wiele razy czytała je, chcąc wskrzesić swoją matkę, jednak nigdy nie odważyła się tego zrobić. Mimo sprzeciwów głosów w jej głowie, ponowiła próbę ożywienia dziewczyny.
- Puluis revolvatur, nascetur pulverem. Homo in natura, ita nunc magic'll viva - szeptała, wypowiadając każde nowe słowo głośniej od poprzedniego. - Tibi unum, alterum tibi munera. Potuisti populari eo tempore nunquam rediit.
Bonnie poczuła dziwne mrowienie w końcówkach palców. Coś ją ciągnęło. Zaklęcie działało. Uśmiechnęła się, lecz zaraz uśmiech zniknął z twarzy mulatki, zastępując go grymasem. Ból oblał jej ciało, mimo że nie powinna nic czuć i upadła na kolana, chwytając głowę.
Gilbert skierował swój wzrok na ducha Bennett i teraz podbiegł do niej. Był bezradny. Nie mógł jej ani podnieść, ani przerwać cierpienia. Musiała to przeboleć i to było najgorsze. Zerknął w stronę Elizabeth i zaobserwował jej stan. Wyraz twarzy blondynki zmienił się od kilku minut. Teraz spokojnie wypowiadała słowa paru zdań i nawet uśmiechała się delikatnie.
Zielonooka wiła się w agonii i wrzasnęła, nie powstrzymując już dłużej kłębiących w niej emocji. Czuła, jakby obrywano ją ze skóry, wyrywano jej wszystkie narządy kawałek po kawałku i podpalano jednocześnie. Nie wiedziała, że to może aż tak boleć. Słyszała, jak szatyn coś do niej mówił, ale Bonnie zdawała się wcale go nie słuchać, tak naprawdę nie potrafiąc odpowiedzieć. Po chwili ból zaczął od niej odpływać, a ona miała wrażenie jak gdyby unosiła się nad ziemią i leciała.
Carter sprzeciwiła się czarownicom, czując u siebie ogromną moc, której one nie mogły zatrzymać. Była pod wrażeniem swojej siły i tego, że kilkaset wiedźm nie zdołało jej pokonać. Skończyła mówić zdania po łacinie po raz trzeci i wiedziała, że tyle starczy, więc odsunęła się trochę od dziewczyny i obserwowała ją.
Po ostatnim słowie blondynki, brunetka gwałtownie otworzyła oczy i chwyciła powietrze do płuc. Rozejrzała się zszokowana wokół i dostrzegła, że leży pośrodku kręgu. Pierwsze co zrobiła, to uszczypnęła się, sprawiając że myśli, które wydawały się jej być surrealistyczne stały się rzeczywistością. Ona żyła. Ucieszona podniosła się do siadu, przez co zakręciło jej się lekko w głowie, ale zignorowała to.
- Dziękuję - wyszeptała do Elizabeth.
Niebieskooka odpowiedziała jej uśmiechem i pomogła wstać. Zgasiła wszystkie świeczki jednym ruchem ręki, przyglądając się mulatce.
- Bonnie! - zawołał Jeremy, podbiegając do niej i przytulając z całej siły.
Uniósł ją nad ziemią i okręcił kilkakrotnie wokół własnej osi. Udało się! Nareszcie miał ją przy sobie, mógł ją dotykać. To wydawało się dla niego takie niemożliwe.
- Ałć, Jer, to boli - jęknęła cicho, czując jak szatyn zdusza jej żebra.
Od razu puścił mulatkę i spojrzał na nią czule, po czym westchnął.
- Jest osłabiona, to normalne - odezwała się Carter. - Najlepiej jak trochę poleży w łóżku - dodała, uśmiechając się słabo.
Obydwoje zwrócili wzrok na blondynkę. Gilbert unosił kąciki ust, a Bennett patrzyła na nią, dziękując za wszystko co dla niej zrobiła. Mimo, że jej nie znała, to zrobiła to. Pomogła obcej osobie.
- Nawet nie wiem, jak Ci dziękować, Liz - powiedział Jeremy i podszedł do niebieskookiej przytulając ją delikatnie. - Jestem Twoim dłużnikiem.
Elizabeth roześmiała się serdecznie.
- Nie ma za co - odparła. - A teraz, jeśli pozwolicie, pójdę do domu - z ciągłym uśmiechem na ustach ominęła ich.
- Hej, może Cię podwieźć? - zaproponował, a brunetka żwawo pokiwała głową, wyrażając swoją zgodę.
Blondynka przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie chciała im przeszkadzać. To ich pierwszy dzień razem od dłuższego czasu. Niech nacieszą się sobą, ona będzie tylko piątym kołem u wozu. Jednak nie chciała wracać z powrotem o tej godzinie taki kawał do domu. Poza tym miała ochotę bliżej poznać Jeremiego.
- Niech będzie - odpowiedziała, poddając się.


***

Witam, jak zawsze (a w sumie to... no nieważne xD) i pozdrawiam! Eee... no. xD WYBACZCIE za brak Klaroline, czy coś. Bo, chociaż ich kocham, to jest to ("niestety") opowiadanie o wszystkich bohaterach TVD i TO (przynajmniej o większości xD). W tych pierwszych (do 20.) rozdziałach przybrałam sobie pewną formę rozdziału. Każdy ma jakby 3 części. :p I no czasami trzeba też o innych napisać i w ogóle. Nawet nie wiem, kiedy Klaroline będzie miała kolejny wątek. Uwaga... Tamtadadam! 14 rozdziale. Ha, nawet nie do końca taki wątek Klaroline. xD Ale nie robię spoilerów. Wiem tylko, że było ich mało :( Choć teraz wydaje mi się, że wszystkich jest mało. NO NIC. xD W dodatku przepraszam, że zaczynam jakieś wątki, potem ich nie kończę (wiem, żal mnie, haha), ale pisząc to opowiadanie nie myślałam, że będę je publikować, a pisanie do siebie, tudzież do kotleta, jest jakby pod mniejszą presją, no i tak jakoś wyszło. NO. :D Mam nadzieję, że ktokolwiek coś zrozumiał z tej jakże długiej wypowiedzi. :p 

Spokojnie, Laurka, piszę (przynajmniej próbuję, bo ciągle coś mnie odciąga) rozdział 38. :p Więc tak szybko ode mnie się nie uwolnicie. No chyba że... Nie zapeszam! xD
Haha, serio, może kiedyś spróbuję w pisaniu instrukcji obsługi, Crazy Pants. :D No, porównanie niezłe, haha. :D 

Ja też, Magneta, uwielbiam Kola i żałuję, że biedny chłopak zginął tak tragicznie. Tu właśnie jest powód, dla którego nie luuuubię Eleny, łagodnie pisząc. :p A no ja też nie wiem, jak to robię. Po prostu siadam i piszę, ale fajnie, że Tobie podobają się. Haha, chociaż są zupełnie bezsensu (zazwyczaj). :D

Wszystkim Wam wielkie DZIĘKI za ciepłe słówka, które są tak ciepłe, że ciepłość ciepłego słoneczka jest mniej ciepłe, HE! :D Oki, trochę się rozpisałam pod tym rozdziałem. No i z myślą, że czegoś zapomniałam żegnam się z wami, kochane grzybki. <3 Oby wam słoneczko grzało i dopisywało szczęściu! :D DO NIEDZIELI!
love, love, love,

artisticsmile. <3

PS. Zapraszam wszystkich do strony/podstrony/czegoś tam pod MENU o nazwie "Znani i mniej znani". Poczytajcie sobie, rozluźnijcie się i życzę miłej zabawy. Czy coś. xD