środa, 2 kwietnia 2014

8. | Zawsze będę po Ciebie wracał.

~ 8 ~
Zawsze będę po Ciebie wracał.


Szatyn chodził w tę i we w tę, myśląc nad słowami dziewczyny. Nie mógł dopuścić do takiego obrotu spraw. W końcu miał ją przy sobie, a był pewien, że gdy tylko przemieni ją w wampira ona od niego ucieknie. Znowu zostanie wredną, kłamliwą Katherine. Może i był egoistą, ale Petrovę kochał nad życie i nie chciał jej stracić. Nie znowu.
Brązowooka siedziała, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Powiedziała to, co chciała, nie zamierzała odpuścić. Nie potrafiła być człowiekiem. Po tylu latach trudno zmienić swój styl życia. Jeść kanapki z serem, pić ciepłą herbatę, ubierać się cieplej. Ona była przyzwyczajona do krwi i alkoholu. Zresztą, chciałaby zobaczyć minę Gilbert, kiedy stanie przed nią i z nią wygra. Bo Katherine Pierce nigdy nie przegrywa.
Elijah stanął i skierował wzrok ku Katerinie. Pokręcił głową.
- Nie mogę tego zrobić - powiedział poważnie.
- Nie możesz, czy nie chcesz? - spytała, mrużąc delikatnie oczy.
Nie odpowiedział. Jednak Pierce dobrze znała odpowiedź. Przełknęła ślinę i podniosła się z kanapy, na której siedziała.
- Nie ufasz mi - miało to zabrzmieć jak pytanie, ale ona to stwierdziła.
- Ufam Tobie, jednak nie potrafię zaufać Katherine - przyznał.
- Elijah, to wciąż będę ja - powiedziała.
- Nie, Katerino - rzucił stanowczo, na co dziewczyna spojrzała zdziwiona na niego. - Nie chcę patrzeć jak kolejny raz ode mnie odchodzisz - odszedł od niej od kilka kroków, odwracając się do niej tyłem.
- Za pierwszym razem chciałeś oddać mnie w ręce Klausa - przypomniała z przekąsem.
Zacisnął szczęki. Miała rację. Jak on mógł być kiedyś taki głupi, że chciał zabić ukochaną dla brata, który miał swoje marzenia o byciu hybrydą? Przymknął powieki.
- Nie o ten raz mi chodziło - mruknął cicho.
- A który? - spytała coraz bardziej zdenerwowana. - Ostatnio to TY ode mnie odszedłeś. Mam bardzo dobrą pamięć - warknęła.
- Ale wróciłem - mówiąc to zwrócił się ku niej.
- Wróciłeś po lekarstwo, nie po mnie, Elijah - ledwo wypowiedziała to zdanie.
Nigdy mu nie mówiła o tym, co ją najbardziej boli. Ból spowodowany był tym, że szatyn wolał głupi eliksir od niej. Wziął ją, jakby była zastępstwem, pocieszeniem.
Pierwotny od razu zauważył zmianę na twarzy dziewczyny. To była prawda, ale tylko po części. Przyjechał do Mystic Falls po lekarstwo dla Rebekah, jednak chciał znowu zobaczyć Katherine, chciał porozmawiać z nią i zmienić wcześniej podjętą decyzję. Ile nocy spędził na myśleniu o niej i o tym, jak bardzo chciałby cofnąć się w czasie do tamtej rozmowy. Chociaż wiedział też, że popełniłby wielki błąd. Gdyby nie on, Klaus zabiłby Hayley i to dziecko. A może nawet nie dowiedziałby się o tym? Teraz niczego nie żałował. Nie żałował, że jest szansa na pokój w jego rodzinie, że Rebekah spełni jedno ze swoich ludzkich marzeń, że są w Nowym Orleanie i najważniejsze - nie żałował, że Katerina znowu jest człowiekiem.
Spojrzał na nią i przyłożył obie dłonie do jej policzków, zmuszając do uniesienia wzroku.
- Zawsze będę po Ciebie wracał, Katerino - rzekł i musnął jej czoło, zamykając oczy.
Z trudem utrzymywała łzy, które tak bardzo chciały wyjść na światło dzienne. Musiała być twarda. Kochała Elijah, ale nie chciała starzeć się przy nim, kiedy to On wciąż będzie wyglądał, no cóż, młodo i seksownie. Cofnęła się, przybierając maskę. Postanowiła udawać wkurzoną, bo taka w sumie była, ale najbardziej chciała zakryć przygnębienie.
Mikaelson smutno patrzył na Pierce. Nie chciał jej zranić, jednak nie mógł zmienić ją w wampira. Nie teraz. Chciał jeszcze nacieszyć się jej bytem. Westchnął ciężko.
Petrova ruszyła w kierunku drzwi, chcąc wyjść stąd jak najszybciej, ale przed nią pojawił się najstarszy wampir.
- Gdzie się wybierasz? - zapytał, marszcząc brwi.
- Nie Twój interes - rzuciła chłodno i starała się go ominąć.
Słowa dotknęły Pierwotnego, jakby Katherine wbiła kołek w samo jego serce. Było już późno, a ona miała zamiar wyjść do miasta pełnego wampirów. Nie ma mowy!
- Nigdzie nie idziesz - powiedział dobitnie.
- Będziesz musiał mnie zmusić - zmrużyła groźnie oczy - albo zabić - dodała.
Elijah zamrugał kilkakrotnie oszołomiony słowami szatynki. Skąd u niej ta nagła zmiana? Nawet jeśli bardzo zdenerwowałby się na Kath, to w ogóle nie przeszłoby mu przez myśl, żeby ją zabić. Nie potrafiłby tego zrobić. Dlatego musiał ją tu przetrzymać, żeby przeżyła. Naprawdę martwił się o nią.
- Idę z Tobą - rzucił po dłuższej chwili ciszy i otworzył drzwi przed Kateriną.
Wywróciła oczami i wyszła przed posiadłość. Z jednej strony cieszyła się, że Mikaelson tak bardzo bał się o nią, a z drugiej miała zamiar zapomnieć o kłótni z nim w samotności, a nie z nim.
Kąciki jego ust subtelnie podniosły się w górę, po czym poszedł za dziewczyną, wystawiając ku niej łokieć, którego złapała się z lekkim wahaniem. Razem poszli do centrum.


Blondyn wszedł do pokoju zajmowanego przez wampirzycę. Caroline nadal była zła na swojego przyjaciela, który nie chciał pomóc jej uratować Eleny i od ich kłótni nie odzywała się do niego, co było bardzo uciążliwe. Szczególnie dla blondynki. Dlatego nawet nie spojrzała w kierunku Stefana, kiedy ten powiedział jej imię, próbując jakoś dotrzeć do niej.
- Caroline - powtórzył, siadając na łóżku i patrząc jak blondynka układa włosy - przepraszam - nie słysząc nic ze strony wampirzycy, postanowił kontynuować: - wiem, nawaliłem, ale nie mogłem tam iść, bo nie potrafiłbym przebywać z nią, wiedząc że już nigdy nie będzie moja - wyjaśnił.
Panna Forbes odwróciła się na obracanym krześle i spojrzała na młodszego Salvatora z niedowierzaniem. Usłyszała w jego głosie nutkę sarkazmu, ale postanowiła to zignorować, skupiając się głównie na przesłaniu.
- Aha! - zawołała z udawanym zrozumieniem. - Więc postanowiłeś sobie posiedzieć w domu i spokojnie czekać na wieści? - prychnęła głośno i wstała. - Odpuść sobie ją w końcu, Stefan! Uwierz, chciałabym żebyś to Ty z nią był, ale ona wybrała inaczej. Tylko marnujesz siebie i Twój ogromny potencjał - wyrzuciła z siebie, co dało jej wielką ulgę.
Nareszcie to powiedziała!
Zielonooki zmarszczył brwi i po chwili spuścił wzrok na dłonie, którymi się bawił. Może i blondynka mówiła prawdę, jednak jak można zapomnieć o tak wielkiej miłości.
Przyjrzała się mu i dostrzegła obojętność. Pierwsze co przyszło jej na myśl to, że Stefan wyłączył uczucia. Ale dla Caroline był zawsze miły, wspierał ją i pomógł otrząsnąć się po Tylerze, a nawet nie popadł w amok krwi. Chociaż dziwne było to, że pił ludzką krew bez żadnych odpałów, jakie miewał kiedyś. Westchnęła cicho, kupując jego zagrywkę, co wcale nie oznaczało, że wybaczyła mu do końca. Wciąż była wściekła, ale już nie aż tak, starała się go zrozumieć.
- Jako wynagrodzenie, zapraszam Ciebie na cały dzień w moim towarzystwie.
Podniósł się z łóżka i uśmiechnął się przekonująco, wskazując na siebie.
Forbes przekrzywiła głowę i zastanowiła się nad propozycją blondyna. Nie mogła boczyć się na niego wiecznie. Nigdy nawet taka nie była. Poza tym, po co miałaby marnować wakacje przez jakieś fochy? Wypuściła z siebie powietrze i poddała się ostatecznie.
- Zgoda - rzuciła z deka naburmuszona.
Błękitnooka wzięła swoją torebkę, do której schowała potrzebne rzeczy i była już gotowa, bo wcześniej miała zamiar pójść na zakupy. Stanęła przy Stefanie i uśmiechnęła się wesoło.
- Idziemy - powiedział, odwzajemniając jej uśmiech i otworzył przed nią drzwi.
Przez całą ich drogę kilka razy złapała się na tym, że próbowała wychwycić w zachowaniu młodszego Salvatora coś normalnego dla niego. Tak, miała się tym nie przejmować, jednak to był taki odruch i nie potrafiła tego nie robić. To przychodziło samo od siebie. No i, o dziwo, dostrzegła, że tylko jedna rzecz jest w nim taka sama - wygląd.


Niebieskooka zacisnęła mocniej powieki i nagle otworzyła szeroko oczy, zduszając w sobie krzyk.
- Co się dzieje? - zapytał zaniepokojony stanem blondynki Jeremy.
Od razu wstał z trawy, podchodząc bliżej kręgu, jednak stanęła mu na przeszkodzie niewidzialna bariera. Zdziwiony chłopak obrzucił wzrokiem Elizabeth i znowu spróbował przejść do czarownicy.
- Coś mnie powstrzymuje - rzuciła Carter i wzięła głęboki wdech.
Zrobiła zaciętą minę. Nigdy nie była poddana wiedźmom, nie rozumiała po co teraz chcą wtrącić się w jej zadanie. Usłyszała w swojej głowie głośną awanturę i jedyne co z tego potrafiła zrozumieć, to jedno słowo "nie". Potem mogła usłyszeć coś o konsekwencjach, o tym, że tak nie wolno. Jednak Liz wcale a wcale nie przejęła się groźbami czarownic. Była niezależna, mogła robić co chciała i z pewnością miała większą siłę od nich wszystkich razem.
Myślała, że pójdzie jej to łatwiej, ale musiała odwołać się do księgi czarów. Zaklęcie utkwiło jej w głowie, bo wiele razy czytała je, chcąc wskrzesić swoją matkę, jednak nigdy nie odważyła się tego zrobić. Mimo sprzeciwów głosów w jej głowie, ponowiła próbę ożywienia dziewczyny.
- Puluis revolvatur, nascetur pulverem. Homo in natura, ita nunc magic'll viva - szeptała, wypowiadając każde nowe słowo głośniej od poprzedniego. - Tibi unum, alterum tibi munera. Potuisti populari eo tempore nunquam rediit.
Bonnie poczuła dziwne mrowienie w końcówkach palców. Coś ją ciągnęło. Zaklęcie działało. Uśmiechnęła się, lecz zaraz uśmiech zniknął z twarzy mulatki, zastępując go grymasem. Ból oblał jej ciało, mimo że nie powinna nic czuć i upadła na kolana, chwytając głowę.
Gilbert skierował swój wzrok na ducha Bennett i teraz podbiegł do niej. Był bezradny. Nie mógł jej ani podnieść, ani przerwać cierpienia. Musiała to przeboleć i to było najgorsze. Zerknął w stronę Elizabeth i zaobserwował jej stan. Wyraz twarzy blondynki zmienił się od kilku minut. Teraz spokojnie wypowiadała słowa paru zdań i nawet uśmiechała się delikatnie.
Zielonooka wiła się w agonii i wrzasnęła, nie powstrzymując już dłużej kłębiących w niej emocji. Czuła, jakby obrywano ją ze skóry, wyrywano jej wszystkie narządy kawałek po kawałku i podpalano jednocześnie. Nie wiedziała, że to może aż tak boleć. Słyszała, jak szatyn coś do niej mówił, ale Bonnie zdawała się wcale go nie słuchać, tak naprawdę nie potrafiąc odpowiedzieć. Po chwili ból zaczął od niej odpływać, a ona miała wrażenie jak gdyby unosiła się nad ziemią i leciała.
Carter sprzeciwiła się czarownicom, czując u siebie ogromną moc, której one nie mogły zatrzymać. Była pod wrażeniem swojej siły i tego, że kilkaset wiedźm nie zdołało jej pokonać. Skończyła mówić zdania po łacinie po raz trzeci i wiedziała, że tyle starczy, więc odsunęła się trochę od dziewczyny i obserwowała ją.
Po ostatnim słowie blondynki, brunetka gwałtownie otworzyła oczy i chwyciła powietrze do płuc. Rozejrzała się zszokowana wokół i dostrzegła, że leży pośrodku kręgu. Pierwsze co zrobiła, to uszczypnęła się, sprawiając że myśli, które wydawały się jej być surrealistyczne stały się rzeczywistością. Ona żyła. Ucieszona podniosła się do siadu, przez co zakręciło jej się lekko w głowie, ale zignorowała to.
- Dziękuję - wyszeptała do Elizabeth.
Niebieskooka odpowiedziała jej uśmiechem i pomogła wstać. Zgasiła wszystkie świeczki jednym ruchem ręki, przyglądając się mulatce.
- Bonnie! - zawołał Jeremy, podbiegając do niej i przytulając z całej siły.
Uniósł ją nad ziemią i okręcił kilkakrotnie wokół własnej osi. Udało się! Nareszcie miał ją przy sobie, mógł ją dotykać. To wydawało się dla niego takie niemożliwe.
- Ałć, Jer, to boli - jęknęła cicho, czując jak szatyn zdusza jej żebra.
Od razu puścił mulatkę i spojrzał na nią czule, po czym westchnął.
- Jest osłabiona, to normalne - odezwała się Carter. - Najlepiej jak trochę poleży w łóżku - dodała, uśmiechając się słabo.
Obydwoje zwrócili wzrok na blondynkę. Gilbert unosił kąciki ust, a Bennett patrzyła na nią, dziękując za wszystko co dla niej zrobiła. Mimo, że jej nie znała, to zrobiła to. Pomogła obcej osobie.
- Nawet nie wiem, jak Ci dziękować, Liz - powiedział Jeremy i podszedł do niebieskookiej przytulając ją delikatnie. - Jestem Twoim dłużnikiem.
Elizabeth roześmiała się serdecznie.
- Nie ma za co - odparła. - A teraz, jeśli pozwolicie, pójdę do domu - z ciągłym uśmiechem na ustach ominęła ich.
- Hej, może Cię podwieźć? - zaproponował, a brunetka żwawo pokiwała głową, wyrażając swoją zgodę.
Blondynka przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie chciała im przeszkadzać. To ich pierwszy dzień razem od dłuższego czasu. Niech nacieszą się sobą, ona będzie tylko piątym kołem u wozu. Jednak nie chciała wracać z powrotem o tej godzinie taki kawał do domu. Poza tym miała ochotę bliżej poznać Jeremiego.
- Niech będzie - odpowiedziała, poddając się.


***

Witam, jak zawsze (a w sumie to... no nieważne xD) i pozdrawiam! Eee... no. xD WYBACZCIE za brak Klaroline, czy coś. Bo, chociaż ich kocham, to jest to ("niestety") opowiadanie o wszystkich bohaterach TVD i TO (przynajmniej o większości xD). W tych pierwszych (do 20.) rozdziałach przybrałam sobie pewną formę rozdziału. Każdy ma jakby 3 części. :p I no czasami trzeba też o innych napisać i w ogóle. Nawet nie wiem, kiedy Klaroline będzie miała kolejny wątek. Uwaga... Tamtadadam! 14 rozdziale. Ha, nawet nie do końca taki wątek Klaroline. xD Ale nie robię spoilerów. Wiem tylko, że było ich mało :( Choć teraz wydaje mi się, że wszystkich jest mało. NO NIC. xD W dodatku przepraszam, że zaczynam jakieś wątki, potem ich nie kończę (wiem, żal mnie, haha), ale pisząc to opowiadanie nie myślałam, że będę je publikować, a pisanie do siebie, tudzież do kotleta, jest jakby pod mniejszą presją, no i tak jakoś wyszło. NO. :D Mam nadzieję, że ktokolwiek coś zrozumiał z tej jakże długiej wypowiedzi. :p 

Spokojnie, Laurka, piszę (przynajmniej próbuję, bo ciągle coś mnie odciąga) rozdział 38. :p Więc tak szybko ode mnie się nie uwolnicie. No chyba że... Nie zapeszam! xD
Haha, serio, może kiedyś spróbuję w pisaniu instrukcji obsługi, Crazy Pants. :D No, porównanie niezłe, haha. :D 

Ja też, Magneta, uwielbiam Kola i żałuję, że biedny chłopak zginął tak tragicznie. Tu właśnie jest powód, dla którego nie luuuubię Eleny, łagodnie pisząc. :p A no ja też nie wiem, jak to robię. Po prostu siadam i piszę, ale fajnie, że Tobie podobają się. Haha, chociaż są zupełnie bezsensu (zazwyczaj). :D

Wszystkim Wam wielkie DZIĘKI za ciepłe słówka, które są tak ciepłe, że ciepłość ciepłego słoneczka jest mniej ciepłe, HE! :D Oki, trochę się rozpisałam pod tym rozdziałem. No i z myślą, że czegoś zapomniałam żegnam się z wami, kochane grzybki. <3 Oby wam słoneczko grzało i dopisywało szczęściu! :D DO NIEDZIELI!
love, love, love,

artisticsmile. <3

PS. Zapraszam wszystkich do strony/podstrony/czegoś tam pod MENU o nazwie "Znani i mniej znani". Poczytajcie sobie, rozluźnijcie się i życzę miłej zabawy. Czy coś. xD

niedziela, 30 marca 2014

7. | Nie bierz tego do siebie.

~ 7 ~
Nie bierz tego do siebie.

/Nowy Jork, półtora roku wcześniej/
Blondyn krążył po Nowym Jorku, pierwszy dzień po przemianie. Jako jedyny uciekł spod rąk Klausa i ten raczej nie zauważył jego zniknięcia. Miał nadzieję. Niepotrzebnie opuszczał swój dom w tamten dzień. Niepotrzebnie wyjeżdżał. Ale teraz było za późno, czasu cofnąć nie może, a musi przeprosić swoją dziewczynę, żeby znowu mogli być razem. Spodziewali się dziecka. Był idiotą, że zostawił Leanne w takiej chwili i dostał za swoje. Dziewczyna była dla niego najważniejsza i to dziecko również. Rodzice Marka zmarli już kilka lat temu i tylko ona mu pozostała.
Razem z Leą mieszkali w domku na farmie. Mimo, że nie było to cudowne miejsce - im się podobało. Byli ze sobą szczęśliwi, do pewnego czasu, kiedy pokłócili się o błahostkę, przez którą prawie się rozstali. A zrobili to na dwa tygodnie.
Westchnął, idąc ścieżką pod same drzwi i otworzył je, wchodząc do środka. Od razu wiedział, że coś było nie tak - nikogo nie słyszał. Chociaż sam nie wiedział, co Leanne robiła, gdy wyjechał. Chyba nie rozmawiała sama ze sobą. Jednak zawsze miała włączoną muzykę, nieważne co robiła. A może przez niego przestała?
- Lea! - zawołał i przeszedł do ich sypialni.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to szatynka, wkładająca coś do swojej torby, dopiero po chwili zauważył, że jego ukochana leży ze skręconym karkiem. Dziewczyna w kręconych włosach odwróciła się i spojrzała na Marka z chytrym uśmiechem.
- Chciałam coś pożyczyć, niestety Twoja panienka trochę się rzucała - wskazała na rudą i wywróciła oczami. - Nie bierz tego do siebie - dodała, jakby o to prosiła.
Blondyn przeżywał teraz tragedię, a ta kobieta jeszcze z nim pogrywała! Zacisnął zęby i w wielkiej furii rzucił się na nią, ale brązowooka była szybsza i uciekła spod jego rąk, po czym zagwizdała jak na psa, na co zdziwiony zniknięciem szatynki odwrócił się w jej kierunku.
Pierce westchnęła i z pogardą zerknęła na faceta.
- Czego od nas chcesz? - warknął, oddychając ciężko.
- Teraz bardziej pasowałoby czego chcę od Ciebie - powiedziała, akcentując ostatnie słowo i wzrokiem przypomniała o leżącym trupie na łóżku. - Już mam to, co szukałam. Dzięki za troskę - pomachała lekko torbą w górze. - Ale możesz zrobić dla mnie przysługę - zaczęła w pewnym momencie.
- Ja? Dla Ciebie?! - wybuchnął. - Zabiłaś moją dziewczynę i dziecko! Nie masz prawa żądać ode mnie czegokolwiek! - wrzasnął.
- Zdarza się - rzuciła obojętnie i wzruszyła ramionami. - Ale jak chcesz - prychnęła.
Mark wściekł się jeszcze bardziej na Petrove. Weszła do jego domu i bezkarnie ma zamiar wyjść, przedtem pozbawiając życia najważniejsze osoby w jego życiu. Ha! Niedoczekanie!
Podbiegł do szatynki wampirzym tempem i powalił ją na łopatki, korzystając ze swojego elementu zaskoczenia. Dziewczyna nie czekała nawet chwili na następny krok ze strony blondyna i odepchnęła go od siebie, wstając na równe nogi. Poprawiła bluzkę, która i tak była już podarta i spojrzała zdenerwowana na Marka.
- To nowa bluzka, koleś - wysyczała.
Corbel parsknął groźnie i jednym susem doszedł do Katherine, która zgrabnie zrobiła unik. Rzuciła mu lekceważące spojrzenie.
- Jestem starsza od Ciebie, kundlu - mruknęła i uśmiechnęła się ironicznie.
Jednak blondyn nie dawał za wygraną i znowu podbiegł do dziewczyny, tym razem rzucając nią o szafę, która rozpadła się pod ciężarem wampirzycy. Czarna torebka upadła metr od niej i to właśnie ona stała się kolejnym celem hybrydy. Wiedział, że było tam coś istotnego dla Kath i postanowił jej to odebrać.
Ale zanim zdążył nawet to przemyśleć, nie było śladu ani po Katerinie, ani po torbie. Tylko rozwalony regał i zbita szyba.
Wzburzony usiadł na łóżku i zerknął na bok, dostrzegając ciało martwej Leanne. Schował twarz w dłonie i zrozpaczony próbował znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej nędznej sytuacji. Jednak nic nie zapowiadało się na to, że ruda powstanie z martwych i będą żyli długo i szczęśliwie.




Trzy dni zwiedzali miasto, które okazało się być najlepszym miejscem w jakim kiedykolwiek byli. Jeremy był tylko w Denver i Mystic Falls, a Bonnie od czasu do czasu na wakacje jeździła do taty. Ale tamte miasteczka to nic w porównaniu do Las Vegas. Tutaj roiło się od wspaniałych ludzi, pięknych miejsc i "szalonych rzeczy".
Ale w końcu nastał dzień, na który młodszy Gilbert czekał od początku wakacji. Mulatkę dzieliły tylko godziny od ponownego życia. Była szczęśliwa, jak nigdy wcześniej. Siedziała na ławce, jak na szpilkach i uśmiechała się tak szeroko, że gdyby mogła czuć, to bolałaby ją szczęka.
Szatyn niecierpliwie czekał, aż blondynka przyjdzie. Chciał mieć to już za sobą. Chciał znowu poczuć dziewczynę całym sobą. Nie mógł znieść myśli, że coś poszłoby nie tak. Co jakiś czas zerkał na brunetkę i za każdym razem widział ogromny uśmiech, którego dawno nie dostrzegał na twarzy dziewczyny. Cieszył się razem z nią. Kilka dni temu miał wrażenie, że nawet bardziej od niej, a teraz... nic nie mogło jej dorównać.
- Cześć, Jeremy - blondynka przywitała się z nim uśmiechem i westchnęła głęboko.
- Hej, Liz - odwzajemnił jej uśmiech.
- Chodź, trzeba wszystko przygotować - skinęła głową na lewo, po czym wjechali do parku.
Jechali w absolutnej ciszy przez ponad 10 minut. Dopiero kiedy wysiedli, Jeremy zauważył u Carter plecak i jej strój. Miała na sobie brązowe rurki i białą bokserkę, a na ramiona powiesiła czarny sweterek.
Wyciągnął z bagażnika trumnę, co naprawdę było ciężkie ze względu na jej wagę i emocje, które targały przy tym Gilberta. Z trudem odstawił ją w wyznaczonym przez czarownice miejscu i otworzył ją powoli.
Bennett patrzyła na wszystko z boku i uważnie obserwowała mimikę twarzy chłopaka. Czuła się strasznie, kiedy Jer otworzył wieko i zobaczył jej ciało. Musiał ją wyciągnąć i położyć w kręgu ze świec, które ułożyła przedtem Elizabeth. Nie potrafiła na to patrzeć. Sam Jeremy też nie czuł się zbyt dobrze, kiedy przenosił martwą Bonnie. Już raz to zrobił, ale wtedy okoliczności były zupełnie inne. Teraz jej ciało było mniej stabilne. Ale także teraz przepełniała go lepsza energia. Miał nadzieję. A wtedy jej nie miał.
Blondynka ze współczuciem oglądała całą sytuację. Było jej szkoda Jeremiego, jednak była szczęśliwa, że może mu pomóc. Kolejny dobry uczynek do listy. Tym razem jest to jej największy wyczyn w całym życiu. Nigdy nikogo nie wskrzeszała. To miał być jej pierwszy raz i prawdę mówiąc nie wiedziała czy da radę. Dużo czarownic mówiło Liz, że ma potężną moc, ale ona nie potrafiła jej wyczuć. A może nie chciała. Może bała się konsekwencji, które mogły ją czekać.
- Na co czekamy? - zapytał Jer, przyglądając się Carter.
- Na pełnię - odparła, spoglądając w górę. - Co prawda nie potrzebuję tego, ale tak będzie lepiej - dodała i powróciła wzrokiem na szatyna.
Zielonooka zerkała to na blondynkę, to na Gilberta. Patrzyli na siebie przez dłuższy moment, przez co Bonnie poczuła lekkie ukłucie w okolicach serca. Czyżby była zazdrosna? A czy miała w ogóle o co? Aby odwrócić swoją uwagę od narastającego niepokoju, spojrzała w gwieździste niebo i obserwowała księżyc.
Jer po chwili zwrócił wzrok ku Bennett, na co blondynka cicho odchrząknęła speszona swoim zachowaniem. Pogrążeni w ciszy zajmowali się własnym sprawami. Młodszy Gilbert postanowił schować trumnę, bo nie była już potrzebna i chciał jakoś oderwać się od tego niezręcznego milczenia. Carter ustawiała ostatnie rzeczy, które były jej przydatne, zerkając na mulatkę. Była śliczna. Aż nie pasowała do niej ta cała otoczka mroku. Ostatni raz rzuciła okiem na dziewczynę i wstała, unosząc głowę do góry. Ułożenie księżyca było idealne.
- Już czas - wyszeptała, czym zwróciła uwagę Jeremiego i Bonnie.
Podeszli do niej, jednak ta kazała nie zbliżać się do ognia. Usiedli więc na trawie kilkanaście metrów od tego wszystkiego. Elizabeth przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, nakładając ręce nad leżącą brunetką.


Pierwotny chodził po ulicach zdenerwowany, co okazywał na swoich ofiarach. Po dwudziestu stracił rachubę, ale było ich bardzo dużo. Sam nie potrafił określić, co go aż tak zdenerwowało. To, że Bennett potraktowała go magią, czy to, że nie mógł nic z tym zrobić. Warknął wściekle i usiadł na ławce. Coś długo wściekał się, co było dziwne, nawet jak na niego. Był zły na siebie, bo wciąż przejmował się zdarzeniem sprzed kilku dni. Dawno powinien przestać.
Wolał zastanowić się nad Vanjah, która nagle zniknęła. Pojawiła się i zniknęła. Nie mogła po prostu poddać się, ta zemsta wiele dla niej znaczyła. Prychnął tylko, czując powracającą złość do Bonnie i Jeremiego. W końcu to ON jest pierwotnym, a nie oni. Ale Bennett była jedną z potężniejszych czarownic, co więcej była nią także martwa. Kol znał najpotężniejszy ród wiedźm, jednak zdołał go unicestwić, przemieniając najmłodszą z tej rodziny w wampira ponad sto lat temu. A przynajmniej myślał, że to zrobił. Mikaelson nie wiedział o jednej istotnej rzeczy, która pociągnęła linię krwi dalej. Haylieneh.

/Prescott, Arizona, rok 1910/
Blondynka patrzyła na chłopaka trzymającego na rękach dwumiesięczną dziewczynkę. Bała się choćby zerknąć w stronę dziecka. Miała dopiero siedemnaście lat, a jej rodzice nie uznawali czegoś takiego jak ciąża w tym wieku. Sprawy się pokomplikowały. Nie mogła dłużej być z Albrielem, ani zabrać niemowlaka ze sobą. To właśnie przez to dziecko musiała wyjechać, musiała zostawić miłość swojego życia. Prawdę mówiąc, Vanjah brzydziła się swojej córki. Nie chciała na nią patrzeć, obwiniała ją o to, że wyjeżdża. Nie mogła zrobić nic innego, jak zostawić ją z jej ojcem.
Carter wzięła głęboki wdech, próbując zatrzymać łzy, które i tak wydostały się na zewnątrz. Brunet stał z kamienną twarzą, ale jak mógł ją utrzymać skoro miał właśnie pożegnać się z dziewczyną, którą znał praktycznie od urodzenia, z którą spędził najlepsze chwile w życiu. Chciał zapomnieć o kimś takim jak Vanjah Carter, ale jak mógłby, trzymając ich dzieło podobne w większości do matki?
- Van, wybacz jej - wyszeptał, na co blondynka rozpłakała się jeszcze bardziej, kręcąc przy tym głową. - Okaż miłość swojemu dziecku - dodał trochę głośniej.
- To nie jest moje dziecko - wysyczała, starając się uniknąć drżenia głosu i jego gorącego spojrzenia, które wręcz paliło.
- To NASZE dziecko - powiedział, zmuszając ją do uniesienia wzroku. - Nieważne jak bardzo Tobie to przeszkadza, to zawsze będzie Nasza córka - rzekł dobitnie.
Vanjah wbiła w niego wzrok i zacisnęła zęby. Nie mogła strawić, że jej głupi wybryk zniszczył jej całe dotychczasowe życie. Mogła uciec wraz z Albrielem, ale ojciec nie pozwoliłby jej na to. Znalazłby ją wszędzie. Choćby miał szukać kilkanaście lat.
Strach, który ją ogarnął był nie do zniesienia. A najgorsze było w tym to, że bała się spojrzeć na Haylieneh, bo wiedziała, że od razu zakochałaby się w niej. W końcu to jej córka. Rodowita, z krwi i kości.
- Van... - nie dokończył, gdyż dziewczyna mu przerwała.
- Muszę już iść - powiedziała, zerkając gdzieś w dal. - Kocham Cię, Albriel - szepnęła i pocałowała jego policzek, po czym oddaliła się od niego.
- Vanjah! - zawołał za nią, ale to dało tyle co nic.
W ogóle go nie słuchała. A po jej policzkach stale ciekły łzy, kapiące na bluzkę. Nie odwróciła się. Zrozpaczony chłopak nie potrafił ruszyć się z miejsca, chociaż bardzo tego chciał. Nic nie zdziałałby tym.
- Vanjah! - krzyknął raz jeszcze, ale bez skutku.
Usiadł na ławce zrezygnowany i spojrzał na śpiącą dziewczynkę. Pogłaskał ją po włoskach i ucałował w czoło. Łzy nieustannie spływały po jego twarzy, wcale nie dając ukojenia. Ból, który rozdzierał mu serce był niepokonany.
- Wszystko będzie dobrze, Haylieneh, obiecuję - powiedział półgłosem i przytulił mocniej dziecko.


***

Hejka, szmejka. Ojojoj. Piszę kursywą. Dobra, nieważne, tak też ładnie. :D Zacznę od tego, że strasznie trudno było mi znaleźć gify do tego rozdziału i są jakie są. xD Dziwny początek i zupełnie niepotrzebny, no ale... :p 
Kurczaki! Mam takie fajne, przyjemne uczucia, kiedy czytam wasze komentarze, że nie potrafię nawet tego opisać. Więc jak zawsze powiem zwykłe: DZIĘKUJĘ. <3 Bez Was byłaby lipa. :( Także dzięki dzięki dzięki. :D Aż wzruszyłam się, czytając komentarz Crazy Pants. *o* I jest mi przykro, że pewnie trochę Cię, jak i wszystkich innych zawiodę w kolejnych rozdziałach, bo dla mnie są straszne. :( Ale dziękuję, raz jeszcze. Ach, mogłabym Wam dziękować w nieskończoność, a i tak nie wyznałabym do końca tego, jak mi miło. <3
KOCHAM WAS, grzybki kochane. <3
love, love, love,
artisticsmile. <3

środa, 26 marca 2014

6. | Jak zawsze musiałaś wcisnąć swój tyłek.

~ 6 ~
Jak zawsze musiałaś wcisnąć swój tyłek.

Blondynka wpadła do wielkiej posiadłości Mikaelsonów, której adres podesłał jej Damon. W środku było przepięknie. Spodobał jej się wystrój tego domu, wiedziała, że oni mają gust. Chciałaby mieszkać w takiej willi otoczona tyloma cudownymi obrazami. Otrząsnęła się z zamyślenia.
- Damon?! - zawołała.
- Tutaj - rzucił brunet, a Forbes poszła do salonu, który był jeszcze ładniej wystrojony niż hol. - Gdzie Stefan, Barbie? - zapytał, przerywając Caroline podziwianie wnętrza.
Na wspomnienie niedawnej kłótni z przyjacielem westchnęła i pokręciła głową, żeby jej nie pytał. Podeszła do Eleny, ignorując ciekawskie spojrzenie niebieskookiego. Przykucnęła przy niej i pogłaskała po włosach z troską. Widać, że cierpiała.
- Gdzie on jest? - spytała głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
- U siebie - usłyszała za sobą.
Odwróciła się do Elijah i zacisnęła wargi, kierując wzrok ku schodom.
- Próbowałem już wszystkiego - powiedział. - Ostatnie drzwi - dodał jeszcze.
Blondynka spojrzała na niego wdzięcznie i bez żadnego słowa ruszyła do Klausa. Rozglądała się wokół, wchodząc po kolejnych stopniach. Boże, nawet schody mają świetne!, pomyślała. Naprzeciw niej, na samym końcu korytarza znajdowały się białe drzwi. Wezbrała się w sobie i ruszyła pewna siebie do Hybrydy. Nie pukając, otworzyła drzwi i podeszła do malującego Pierwotnego.
- Co Cię do mnie sprowadza, Caroline? - odezwał się, nawet nie patrząc kto wszedł.
- Myślę, że już wiesz - uznała, zaglądając do obrazu.
Zamrugała kilkakrotnie, prawie że oszołomiona malowidłem Klausa. Coś dzisiaj za bardzo skupia się na czymś innym, niż powinna.
- A ja myślę, że już znasz moją odpowiedź - stwierdził opanowany, domalowując kolejne kreski na płótnie.
- Klaus, to moja przyjaciółka - powiedziała. - Proszę Cię - rzuciła błagalnie.
Nie mógł złamać się tylko dlatego, bo blondynka go o to prosiła. Musiał pokazać, że jest twardy i nie ma żadnych słabości. Nie, żeby jakiekolwiek miał.
- Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić - mruknął, nie zaszczycając Forbes ani jednym spojrzeniem.
- Dlaczego? - podniosła głos. - Bo Twoje WIELKIE EGO na to nie pozwala? - prychnęła rozzłoszczona. - A może masz traumę do pomagania?
Zacisnął zęby i odłożył pędzel, odwracając się do niej. Spojrzał na nią przychylnie i uśmiechnął się lekko.
- Nie potrzebnie się unosisz, kochana.
- Nie mów tak do mnie, jasne?! - wybuchnęła wściekła na niego za to, że nie chciał pomóc Elenie i właściwie skazywał ją na śmierć. - Zawsze musisz pokazywać jaki to Ty jesteś niezwyciężony? - ostatnie słowo przesadnie podkreśliła.
Milczał, przyglądając się blondynce z poważnym wzrokiem.
- Nagle nic nie mówisz? A może po prostu wiesz, że to prawda, ale boisz się do tego przyznać? - zmrużyła oczy.
- Wystarczy, Caroline - powiedział chłodno.
- Nie wystarczy! - znowu się uniosła. - Myślałam, że się zmieniłeś, jednak jak widać myliłam się, że w ogóle mógłbyś to zrobić. Bo jak Pierwotna Hybryda mogłaby komuś pomóc? - parsknęła.
- Tyle razy Tobie pomogłem, oddałem wolność Lockwoodowi, czy czasami nie przekroczyłem limitu? - uśmiechnął się ironicznie.
- To nie była pomoc. Ty naprawiałeś to, co sam zrobiłeś - poprawiła go, patrząc mu dosadnie w oczy. - Choć raz zrobiłbyś coś dobrego - dodała.
Przez dłuższą chwilę wpatrywali się sobie w oczy w milczeniu. Caroline jako pierwsza oderwała wzrok od szarych tęczówek Klausa. Nie mogła na niego patrzeć. Kiedy im się "ułożyło" znowu zaczęli wracać do poprzednich relacji. A do tego Forbes wiedziała, że to jej wina, bo bała się polubić Mikaelsona.
Niklaus dalej spoglądał na ukochaną z dziwnym uczuciem, jakby... poczuciem winy. Ale on nie mógł czuć się winny, on nic nie zrobił! Gdyby to o niego chodziło, na pewno nikt nie spieszyłby mu z pomocą. Natychmiast zwrócił myśli w inną stronę, gdy zauważył, że właśnie potwierdza teorię blondynki. Nie chce ratować innych, bo inni nie ratowaliby go. Odwrócił wzrok od wampirzycy i skierował go na ścianę.
Między nimi panowała cisza, która ciążyła na nich obydwóch. Klaus zmagał się sam ze sobą, a Caroline zdała sobie sprawę, że przyszła do niego walczyć o życie przyjaciółki. Nie mogła odejść bez niczego. Wzięła głęboki wdech, czym zwróciła uwagę Pierwotnego.
- Klaus... - spojrzała na niego niepewna, czy znowu może zacząć.
W końcu przed chwilą nawrzucała mu tyle rzeczy, które, mimo że były szczerą prawdą i potwierdzały zachowanie Hybrydy, nie powinny wyjść z jej ust.
- Proszę - niemalże wyszeptała, a oczy mimowolnie zakryły się wodną zasłonką.
Przymknęła oczy, nie chcąc pokazywać mu, jak bardzo jest jej źle z tym, że już więcej może nie ujrzeć dziewczyny, którą znała od urodzenia. Nie chciała, a jednak on to zauważył.
Zacisnął zęby i wzniósł oczy ku niebu. Walczył ze sobą. Nie miał zamiaru okazywać, że jest słaby. Nie chciał się poniżyć. Niedługo miał zająć "tron", a co z niego byłby za król, gdyby klękał przed sługą? Jednak patrząc w niebieskie tęczówki dziewczyny, poczuł żal. Czuł się żałośnie.
Spuściła wzrok i odwróciła się od niego z zawodem w oczach, który rozdzierał mu serce na malutkie kawałeczki. Przyszła po pomoc i jej nie otrzymała. Nie może uratować przyjaciółki, chociaż się starała. Czuła, jakby to była jej wina.
Nagle poczuła delikatny uścisk na nadgarstku, więc skierowała się z powrotem do Klausa, zaciskającego wargi.
- Zrobię to - powiedział chłodno i otrzymał najpiękniejszy uśmiech jaki mógł zobaczyć na twarzy Caroline.
- Naprawdę? - jej uśmiech z każdą chwilą był coraz większy.
Dziewczyna dosłownie doskoczyła do niego i przytuliła go, cały czas dziękując. Uśmiechnął się delikatnie, nie bardzo wiedząc co teraz zrobić. Nie czując uścisku Klausa odeszła od niego skrępowana.
- Przepraszam - rzuciła cicho.
Nie odpowiedział jej tylko w dalszym ciągu uśmiechał się szczęśliwy. Może i wiedział, że było to zapewne spowodowane emocjami, ale i tak cieszył się z bliskości wampirzycy. Zeszli razem na dół do salonu.
Dwójka wampirów spojrzała na nich, kiedy przekroczyli próg pomieszczenia. Elijah zdumiony zerknął na Caroline. Teraz już miał pewność, że ta dziewczyna jest jego największą słabością. Własnemu bratu odmówił, ale jej nie potrafił.
Damon uniósł kąciki ust sarkastycznie. Jak widać dobrze zrobił dzwoniąc do Blondie, była bardzo przydatna.
Klaus obojętnie podszedł do szatynki, przedtem nalewając do szklanki swojej krwi i podał ją Salvatorowi. Brunet podał ją od razu Elenie i odłożył pustą szklankę na ławę.
- Dajcie jej krwi, będzie jej potrzebowała - rzekł, wychodząc z pokoju.
Mijając Caroline nie mógł powstrzymać uśmieszku, jaki pałętał mu się na twarzy. Blondynka odwzajemniła jego uśmiech i podeszła do Gilbert.

Jedyna córka Mikaela wracała właśnie z zakupów, na które wybrała się w samo południe. Prawie cały dzień zajęło jej chodzenie po sklepach. Uwielbiała przeglądać ciuchy i je przymierzać. Taka jakby pasja. Pozwoliła sobie także na podcięcie całkiem długich włosów, które teraz sięgają jej do końca łopatek.
Wesoło kroczyła przez ulice Nowego Orleanu, trzymając dziewięć toreb z ubraniami i pijąc koktajl wieloowocowy. Polubiła to miasto. Na pewno było lepsze od Mystic Falls, choć musiała przyznać, że tamtejsze bale miały swój urok. Jedyne, czego jej brakowało to niektóre osoby.
Poza tym chciała zapomnieć o nieudanej wycieczce z Mattem. Do teraz nie wiedziała, czemu z nim poleciała. Naprawdę wydawało jej się, że z Donovanem łączy ją coś więcej, ale nie potrafili się dogadać. Uparcie z nim przebywała, bo był... człowiekiem. Był ludzki. Jednak to nie mogło wyjść. Rebekah tylko fascynowała się Mattem, to była jej taka jakby ucieczka od wampiryzmu.
Mijając kolejne ulice, weszła w Francuską Dzielnicę. Jedną z piękniejszych okolic w Nowym Orleanie. Z budynku wychodził właśnie młodszy Salvatore. Mikaelson zdziwiła się, widząc go tutaj, a jednocześnie ucieszyła. Ale co on robi w centrum Luizjany? Przyjechał pokumplować się z Klausem, czy może czegoś chce?
Podbiegła do niego wampirzym tempem, mimo że starała się ograniczać swoje nadzdolne umiejętności.
- Hej, Stefan - uśmiechnęła się pogodnie, pukając go lekko w ramię.
Odwrócił się do niej i odwzajemnił jej uśmiech. Ale blondynce wydał się strasznie wymuszony. Jednak nie chciała się teraz tym przejmować.
- Cześć, Bekah - przywitał się i spojrzał na ilość siatek w jej dłoniach. - Byłaś na zakupach? - spytał raczej z grzeczności, aniżeli z ciekawości.
- Tak. A ty co tutaj porabiasz? - zapytała. - Mam na myśli Nowy Orlean - dodała.
- Przyjechałem na wakacje - odparł swobodnie i wzruszył ramionami.
Coś dziwnego wkradło się do myśli Pierwotnej. Odniosła wrażenia, że Stefan zmienił się od ich ostatniego spotkania, był... po prostu inny. Zmarszczyła brwi. Wakacje? Akurat tutaj? Spośród tylu miejsc wybrał akurat miasto, w którym ona i jej rodzina zamieszkała.
- Czemu akurat Nowy Orlean?
- Tak jakoś - odpowiedział krótko.
W jego tonie było coś, co nie dawało spokoju Rebece.
- Muszę iść. Do zobaczenia - uśmiechnął się łobuzersko i zniknął za rogiem.
Zmrużyła oczy, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął Salvatore i dokładnie analizowała ich rozmowę. Był podenerwowany i wesoły jednocześnie. A nawet wesoły to bardziej na przymus.
Jednak cieszyła się na jego widok i szczęśliwa wróciła do domu. Nie chciała zamartwiać się jej głupimi domysłami, tylko cieszyć z jego przyjazdu, ale głos w jej głowie powtarzał, że kroi się tu coś większego. I to nie mogła być tylko kobieca intuicja.


Szatynka opróżniła kolejny woreczek z krwi i odłożyła go na stolik. Spojrzała na Damona, który przyglądał się jej z troską i uwagą. Czyżby nie gniewał się już na nią, że wyjechali szukać Katherine? W tej chwili postanowiła, że da sobie z nią spokój. Przynajmniej na jakiś czas. Na czas wakacji. Niech przeżyją je razem, skoro bardzo tego chce. Elena miała plany, co będzie robiła po wakacjach – chciała pójść do collage'u, ale teraz nie była tego taka pewna. Była wampirem i choć stale wierzyła, że ten rok jest odpowiedni do zaczęcia studiów – nie mogła uciec od rzeczywistości.
Westchnęła cicho i złapała rękę starszego Salvatora. Byli sami w pokoju, bo Caroline poszła do domu, kiedy upewniła się, że wszystko jest okej, a Elijah zmył się na górę. Niedawno wróciła także Rebekah, która zdziwiona patrzyła na wszystkich, po czym też zniknęła na górze, nie chcąc nawet pytać, o co chodzi.
- Damon, tak bardzo Cię przepraszam – powiedziała w końcu.
- Nie przepraszaj – mruknął, odwracając nagle wzrok. – Jest tutaj – dodał.
Zmarszczyła brwi, nie bardzo wiedząc, co wampir ma na myśli.
- Kto? – nim zdążyła dokończyć to słowo, do salonu weszła Katherine.
- Hej, Elena – dziewczyna uśmiechnęła się arogancko.
Wampirzyca natychmiast podniosła się na równe nogi i spojrzała na Pierce groźnie.
- Och, daruj sobie te czułości – Petrova prychnęła i zerknęła na kilka torebek po krwi. – Nieźle się tu urządziłaś.
- Jak Ci się żyje, Katherine? – spytała kąśliwie.
- Dziewczyny, spokojnie – wtrącił brunet, przeciągając sylaby – możecie to załatwić bez użycia rąk – powiedział z zachęcającym uśmiechem, ale widząc zaciętość dwóch sobowtórów, skrzywił się, próbując dalej. – dziewczyny…
- Bez Ciebie było wręcz cudownie, ale jak zawsze musiałaś wcisnąć swój tyłek – warknęła Pierce, podchodząc bliżej.
- Dzie…
- Przez Twoje idiotyczne życie JA prawie je straciłam – Elena podniosła głos, nie mogąc znieść widoku swojego odbicia lustrzanego.
- Co to byłoby za nieszczęście, gdyby na tym świecie zabrakło biednej, wiecznie zrozpaczonej Elenki – udała smutek, po czym uśmiechnęła się ze współczuciem – ja bym nie płakała – syknęła.
- Ja za Tobą też nie – warknęła i przydusiła Petrovę do ściany za szyję. – I pewnie nikt inny – ujawniła kły, a pod oczami wyskoczyły jej ciemne żyłki.
- W innej sytuacji byłoby śmiesznie, ale teraz mnie to specjalnie nie bawi – powiedział do siebie Damon i pospiesznie oderwał swoją dziewczynę od byłej wampirzycy.
Pierce upadła na podłogę i łapała duże hausty powietrza, patrząc wściekle na Gilbert. Ta zaś próbowała wyrwać się z mocnego uścisku Salvatora, jednak na nic. Obie rzucały sobie mordercze spojrzenia i zapewne, gdyby wzrok mógł zabijać, żadna z nich nie przeżyłaby tego starcia.
- Elena, Elena, uspokój się – mówił wprost do jej ucha niebieskooki.
Chwycił ją za ramiona i obrócił w swoją stronę, zmuszając, żeby się opanowała.
Wtedy do pomieszczenia wpadł jeden z Pierwotnych i zauważył Katerinę na podłodze. Podszedł do niej szybko i podniósł, oglądając ją uważnie.
- Co się tutaj stało? – zapytał ostrzegawczo, zwracając się do Salvatora i Gilbert.
- Gadaliśmy sobie i nagle… BUM! – wytłumaczył swoim językiem brunet i uśmiechnął się ironicznie w kierunku Elijah. – Chyba nie za bardzo się lubią – powiedział i po chwili na jego twarzy namalował się grymas.
Szatyn przejechał wzrokiem po tej dwójce, jakby miał rzucić się na nich i pożreć, ale wciąż na jego twarzy widać było spokój. Jak on to robi?, spytał siebie w myślach Damon.
- Podziękuj Klausowi za pomoc, my już pójdziemy – powiedział pospiesznie młodszy wampir i pociągnął za sobą wkurzoną Elenę.

 ***


Witam, witam. :D Jakoś tak dziwnie. Już szósty rozdział, ach, ten czas szybko leci. :d No nic. Straciłam jakoś tak wenę. :( Mam nadzieję, że powróci, przecież zawsze wraca! :D
Dziękuję Wam wszystkich (znowu, wiem), słoneczka. <3 


Pozdrawiam wszystkich i życzę miłego tygodnia, a przynajmniej tej drugiej połowy. <3
love, love, love,

artisticsmile. <3

sobota, 22 marca 2014

5. | Myślałem, że nie żyjesz.

~ 5 ~
Myślałem, że nie żyjesz.

Po telefonie od starszego Salvatora blondynka poszła do pokoju Stefana. Wampir siedział na łóżku i pisał coś, popijając jakąś whiskey z butelki. Nieprawdopodobne. Od kiedy to Stefan pije z gwintu? Uniosła brwi, jednak potrząsnęła głową i ponownie uśmiechnęła się do niego. Spojrzał pytająco na Caroline, odkładając butelkę na szafkę nocną i zamykając zeszyt.
- Dzwonił do mnie Damon - odpowiedziała na nieme pytanie przyjaciela. - Razem z Eleną przyjechali do Nowego Orleanu...
- Po co? - zapytał, przerywając jej.
Nie wyglądał na za bardzo zadowolonego, co w sumie nie zdziwiło Forbes. Po co miałby interesować się życiem swojej eks?
- Elena miała wypadek, ugryzł ją wilkołak - wytłumaczyła. - A do tego Klaus nie ma zamiaru dać jej swojej krwi - dodała na jednym tchu i westchnęła. - Idziesz ze mną?
Jego mina nie mówiła, jakby to go zmartwiło, czy zasmuciło. Pozostał niewzruszony. Caroline nie mogła w to uwierzyć. Życie miłosne to jedno, ale to nadal jest jego przyjaciółka!
- Mam iść tam, po co? - podniósł się z łóżka. - Nie wydaje Ci się, że nic nie zdziałamy? Będziemy po prostu patrzeć jak umiera?
Słowa młodszego Salvatora dotknęły ją, jakby walnął ją z całej siły z pięści w brzuch i próbował wyrwać jelito.
- Nie mów tak, Stefan! - krzyknęła wściekła. - Pójdziemy tam, żeby namówić Klausa do pomocy - ściszyła trochę głos, jednak nadal mówiła głośniej niż zwykle.
- Klaus z natury nie pomaga - powiedział opanowany.
- To nadal Twoja przyjaciółka, do cholery! - wrzasnęła. - Kiedyś już dawno byłbyś przy niej - warknęła.
- Kiedyś, Care - powtórzył po niej. - Nie widzę sensu w namawianiu na coś Klausa, skoro to niemożliwe - dodał i ominął ją, wychodząc z pokoju.
- UGH! Ogarnij się w końcu! - odwróciła się w jego stronę. - Co z tobą nie tak?!
- Powiedzmy, że nie obchodzi mnie czy przeżyje, czy nie - odparł.
Blondynka stanęła jak wryta, patrząc na Stefana w osłupieniu. Czy on z niej żartował? Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze, lekko łagodniejąc.
- Stefan, wiem, że zerwaliście, ale nie możesz jej przez to skreślać - powiedziała.
- Nie o to chodzi - mruknął.
- A o co? - założyła ręce pod biustem.
- Mieliśmy przestać zamartwiać się jakimikolwiek problemami - przypomniał jej.
Zdenerwował ją przypomnieniem ich zasad w takiej sytuacji.
- Powiedzmy, że to jest wyjątek - rzuciła ostro.
- Posłuchaj, Caroline... - zwrócił się do dziewczyny.
Wiedziała, co chciał jej powiedzieć. Jak mógł w takich okolicznościach kierować się ich regulaminem?! Blondynka wzburzyła się jeszcze bardziej.
- Nie, to ty posłuchaj - przerwała mu stanowczo. - Pójdę tam nieważne czy z Tobą czy bez - puknęła go palcem w tors i poszła w stronę drzwi, zabierając ze sobą torebkę.
Czekała przez chwilę na swojego przyjaciela, ale niestety musiała obejść się bez niego. Nie wiedziała, co w niego wstąpiło. Zawsze gotów był wstąpić za Gilbert w ogień, a teraz przestało mu zależeć na jej życiu. Stefan zmienił się diametralnie, ale zupełnie nie potrafiła odgadnąć dlaczego.



Szatyn w dalszym ciągu czekał, aż blondynka powie coś więcej. Liczył na awanturę, może nawet na walkę. Przyglądał się dziewczynie z lekkim rozbawieniem, które malowało mu się na twarzy.
- Bardzo długo Cię szukałam - wreszcie postanowiła się odezwać i swobodnym krokiem podeszła do Kola. - Jak widać wiek wystarczył - uśmiechnęła się.
- Miło mi to słyszeć, bardzo pochlebiające - pokiwał głową i przechylił głowę na prawo.
Carter od razu przypomniał się dzień jej przemiany. Ten ruch głowy. Jak widać pozostało mu to. Roześmiała się serdecznie. Nienawidziła go.
- Nie ma za co - syknęła kilkadziesiąt centymetrów od jego twarzy i zmrużyła oczy.
- Trochę śmieszne, bo jestem tu już od tygodnia - wzruszył ramionami. - A teraz, jeśli już skończyłaś się "mścić", pozwól mi cieszyć się tą całą rozrywką - pokazał dłonią horyzont i wyminął ją, chcąc iść dalej, ale zatrzymała go.
- Mam pozwolić TOBIE cieszyć się czymkolwiek? - uniosła brwi, powolnie odwracając się do niego. - Zabiłeś moją rodzinę! Nie zasługujesz na szczęście - wywarczała i wbiła mu niespodziewanie kołek w brzuch.
Kol skrzywił się lekko i po chwili wzniósł oczy do nieba.
- Ałć - mruknął sucho, wyciągając drewno z tułowia i spojrzał na dziewczynę zdenerwowany.
Vanjah odsunęła się nieznacznie od niego zdziwiona i przerażona jednocześnie. Myślała, że to powali go na kolana i wtedy będzie mogła go zabić. A on nawet nie drgnął! Przełknęła ślinę i poszła jeszcze parę kroków w tył.
Mikaelson przygwoździł ją do ściany wściekły i zastanowił się przez chwilę, czy puścić ją wolną.
- Uważaj na kogo skaczesz, Carter - żachnął się i puścił ją, oddalając się od niej.
Blondynka stała pod budynkiem jeszcze kilka minut, aż w końcu uciekła stamtąd wampirzym tempem. Nie wiedziała czemu Kol zlitował się nad nią, zamiast ją zabić, ale wolała go więcej nie prowokować.
Pierwotny westchnął nad głupotą dziewczyny. Widać było, że jest jeszcze zielona w tych sprawach. Powinna obeznać się z historią wampirów, a nie atakować kogo popadnie.
Szatyn szedł ulicami, kiedy w oddali zauważył znaną mu sylwetkę. Uśmiechnął się i zrównał krokiem z chłopakiem.
- Cześć, kumplu - odezwał się pierwszy.
Zaskoczony Jeremy spojrzał na Mikaelsona. Co on tutaj robi? Bonnie też nie była zadowolona z widoku Kola i wcale tego nie ukrywała, mimo że tylko Jer mógł ją usłyszeć i zobaczyć.
- Olej go - syknęła.
- Co tu robisz, Kol? - spytał z drżeniem w głosie, nie słuchając Bennett.
Może i będzie tego żałować.
- Odwiedzam stare śmieci - wzruszył ramionami. - No a ty?
Gilberta zdziwiło podejście Pierwotnego do niego. Nigdy nie darzył Kola szczególną sympatią, nawet próbował go zabić, a ten, jak gdyby nigdy nic zwraca się do niego, jak do przyjaciela.
- Nic specjalnego. Przyjechałem na wakacje - odpowiedział z wahaniem.
- Dziwne. Myślałem, że nie żyjesz - stwierdził, uśmiechając się. - Niech zgadnę... Bonnie Bennett - podniósł brwi do góry. - Ta to zawsze potrafiła wyrwać was z tarapatów. A gdzie jest ta mała wiedźma? Słyszałem plotki, że jesteście razem - roześmiał się.
Mulatka prychnęła, mrużąc oczy. Co za palant! Nie ma prawa jej obrażać. Zacisnęła dłonie w pięści, skupiając się na Pierwotnym. Tak bardzo chciała mu się odegrać, ale nie wiedziała jak.
- Nie ma jej ze mną, jak widać. Została w Mystic Falls - wycedził przez zęby.
- Akurat. Coś mi się nie wydaje - powiedział Kol.
Mikaelson nie zamierzał odpuścić. Coś mu nie grało w tym całym "została w Mystic Falls". Na pewno młody Gilbert pojechałby do Las Vegas bez powodu, w dodatku sam. Zastanowił się chwilę. Skoro Jeremy żyje, a czarownica umiała posługiwać się ekspresją, to musiała przy tym umrzeć jedna osoba. Uśmiechnął się zuchwale do siebie i pochwalił swoje myśli.
- Cześć, wiedźmo - rzucił pewny, że brunetka jest gdzieś obok.
Szatyn zerknął na Bonnie, która marszczyła brwi zdziwiona. Nagle ją widać, czy co? Spojrzała na Gilberta, a potem na Mikaelsona.
Cisza ze strony Jera dała mu do zrozumienia, że jego podejrzenia są trafne.
Teraz, jak już Kol o niej wiedział, postanowiła się zemścić. Rzuciła w niego nienawistne spojrzenie i uniosła głowę, tym samym sprawiając ból głowy u Mikaelsona.
- To za "wiedźmę" - mruknęła i uśmiechnęła się szeroko.
- Mnie też Ciebie miło widzieć, Bennett - warknął, chwytając się za głowę.



Ciemnoskóry wampir siedział w fotelu i czekał na gościa specjalnego, popijając krew ze szklanki. Westchnął niecierpliwie, spoglądając na zegarek, który wybijał godzinę 19:12. Jak można spóźniać się aż dwanaście minut?! Zerknął na drzwi, które w dalszym ciągu pozostawały nietknięte. Ile można czekać?
W końcu, po kolejnych siedemnastu minutach i ośmiu wypitych szklankach, do pokoju wszedł blondyn. Mulat poruszył się niespokojnie i pokazał miejsce, żeby tamten mógł usiąść, bez zbędnych czułości.
- Przejdźmy od razu do sedna sprawy, nie mam za wiele czasu - rzucił blondyn, siadając w pustym fotelu.
Brązowooki starał się zignorować irytację, którą w nim obudził. On mówi o czasie, skoro sam spóźnił się prawie pół godziny? Odetchnął, aby się uspokoić.
- Czarownica jest na strychu, ty masz blondynkę, nic więcej nie jest nam potrzebne... oprócz chęci - uśmiechnął się wymuszenie.
- Która czarownica? - spytał rzeczowo.
- Davina - rzekł dumny, w końcu nie łatwo zdobyć tak potężną wiedźmę. - Davina z rodu Carter - dodał. - Mamy wszystko, możemy zaczynać nawet jutro.
- Jutro nie mam czasu - mruknął blondyn, co tylko rozjuszyło ciemnoskórego, jednak nic nie dał po sobie poznać. - Jeszcze jedno - powiedział, nachylając się nad nim - blondynka wraca w jednym kawałku - postawił warunek, wstając.
- Postaram się - wysyczał.
Zmierzyli się wzrokami, jeden był pełen nienawiści, a drugi pogardy. Blondyn wyszedł z pomieszczenia i powrócił do swojego domu.


***

Heeej, kochane robaczki. <3 Z całego mojego serduszka chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście ze mną i komentujecie, to wiele dla mnie znaczy. :D Jesteście wspaniali, pamiętajcie o tym, choćby nie wiem co! :D
W międzyczasie chcę przeprosić za ten rozdział, który nie jest moim ulubionym, ale gdybym miała po poprawiać, to prawdę mówiąc napisałabym go w całości od nowa. :p Chciałam rozdział dodać już wczoraj, ale tak się źle czułam, że nawet nie chciało mi się siadać do kompa, wybaczcie. :( Ale! Wiosna do nas przyszła! :D kto się cieszy tak samo jak ja? :D W końcu będzie cieplej, ach. :D
Patrzcie, jaki świetny szablon mam, łaaa. Chciałabym podziękować Rukii z graphicpoison, chociaż i tak wiem, że tego nie przeczyta, no ale co tam. :D
Iii! Znowu zmiana harmonogramu, czy czegoś takiego. Wybaczcie, ale kobieta zmienną bywa, a stwierdziłam, że nie ma co czekać aż tydzień na nowy rozdział, dlatego trochę to przyspieszę i kolejne rozdziały będą dodawane w środę i niedzielę. :D TADAM.
Więc do napisana w środę. <3 Kocham Waaaas. <3 Ach, jak dużo miłości dzisiaj. :D
love, love, love,
artisticsmile. <3