piątek, 14 marca 2014

4. | Mamy dzisiaj strasznie dużo gości.

~ 4 ~
Mamy dzisiaj strasznie dużo gości.

Ogień w kominku wesoło skakał w przeciwieństwie do jednego z mieszkańców tego domu. Blondyn wpatrywał się w tylko jemu znany punkt na ścianie, popijając Bourbon z kryształowej szklanki i myśląc nad tym co powiedział kilka godzin temu. Z jednej strony cieszył się, że ujrzał w jej oczach zastanowienie i zwątpienie po tej rozmowie, a z drugiej bał się że Caroline obrazi się na niego i nigdy więcej nie odezwie. Tak, Pierwotna Hybryda bała się, że nie będzie chciała go widzieć jakaś młoda wampirzyca, która na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak według Klausa odznaczała się bijącym od niej światłem i optymizmem. Zaprawdę nigdy nie poznał tak wesołej osóbki. Nie sposób mu było nie uśmiechnąć się na wspomnienie blondynki.
Po chwili szczery uśmiech zszedł mu z twarzy, kiedy dostrzegł wilkołaczycę, stojącą w progu salonu. Przybrał każdemu dobrze znaną maskę obojętności i odłożył puste naczynie, oblizując usta. Przeplótł palce i oparł łokcie na kolanach.
- Czego sobie życzysz, Hayley? - spytał, wysilając się na miły ton.
Nie cierpiał jej, wręcz nienawidził. Żyła tylko dla jego i jego rodziny korzyści. Nie chciał tego dziecka. Zabiłby ją od razu, gdyby nie Elijah. Tylko zawadzała.
A zielonooka dobrze o tym wiedziała i starała się w ogóle nie wchodzić Klausowi w drogę. Ale co miała zrobić? To ojciec jej dziecka i w końcu będą musieli dojść do porozumienia. Poza tym miała też pewność, że Niklaus nie ruszy jej dopóki nosi w sobie to dziecko i dopóki to może zjednoczyć rodzinę Mikaelsonów. Teraz przyszła tylko dlatego, bo jej kazano.
- Sophie wysłała mnie do was, bo twierdziła, że ktoś mi zagraża - powiedziała od niechcenia i przysiadła na oparciu fotelu, jak najdalej od Hybrydy.
Do pokoju przyszedł nieznacznie zaniepokojony obecnością wilkołaczycy Elijah, a zaraz za nim zła albo obrażona Katherine.
- Coś się stało, Hayley? - zapytał jak zawsze opanowany najstarszy Mikaelson.
Petrova prychnęła i zmierzyła szatynkę wzrokiem, przechodząc obok niej. Blondyn uśmiechnął się kpiąco i spojrzał z powrotem na brata.
- Deveraux poleciła mi przyjść tutaj, bo jakaś czarownica ma ochotę mnie zabić - rzuciła spokojnie, wzruszając ramionami.
Nie ona jedna, pomyślał Klaus. I prawie w tej samej chwili tak samo pomyślała Pierce.
- Ale czemu? - zdziwił się szatyn.
- Nic więcej nie powiedziała - odparła, opadając niżej w fotelu i wzdychając ciężko.
- A chociaż spytałaś? - warknęła Katherine.
Elijah tylko zerknął na sobowtóra i powrócił wzrokiem na mulatkę, oczekując odpowiedzi.
- Po co? To sprawy czarownic - prychnęła. - One nie są takie chętne do wyjawiania swoich tajemnic. Ale podejrzewam, że ma to jakiś związek z dzieckiem - mruknęła.
Na samo to słowo Klaus wzdrygnął się lekko i gwałtownie poderwał z miejsca, zwracając tym uwagę wszystkich obecnych w pomieszczeniu.
- Niklaus - rozpoczął starszy od niego Pierwotny, patrząc na niego surowo.
- Ona niczego się nie dowie, a może ja tak - powiedział nad wyraz spokojnie, jakby tłumaczył coś małemu dziecku.
W środku jednak buzował. Musiał dowiedzieć się o tej czarownicy i jej planach, nie dla Hayley, ale dlatego, bo intuicyjnie przeczuwał, że za tym kryje się coś więcej niż chęć morderstwa ciężarnej. Ruszył w kierunku wyjścia.
- Nigdzie nie idziesz - zatrzymał go, chwytając za ramię.
Klaus uśmiechnął się, przyjmując wyzwanie i wybiegł z posesji w wampirzym tempie, zostawiając za sobą wkurzonego Elijah.

Bonnie "przeszukiwała" ostatni dom, który musiała sprawdzić. Potrafiła wyczuć moc czarownic, a Carter miała ją ogromną, jednak ten dom położony był na odludziu, dlatego tak późno do niego trafili. Była już 5 rano, a Jeremy nie miał zamiaru odpuścić dopóki nie znajdą tej właściwej Elizabeth Carter.
Z Mystic Falls do Las Vegas jechali calutki dzień i kilka godzin, a kolejne dwie godziny spędzili na szukaniu czarownicy. Bennett wprost nie mogła patrzeć na szatyna, który teraz wyglądał bardziej jak wrak człowieka. Chyba nawet gorzej od niej. Więc to ona zaproponowała, żeby odpoczął, a dopiero potem wrócą i porozmawiają z Elizabeth. Mogli zostać w tym mieście ile tylko chcieli, także czas nie był przeszkodą. Długo musiała go namawiać, aby pojechali do hotelu, bo strasznie zależało mu na tym, żeby w końcu zobaczyć Bonnie żywą. W końcu zgodził się na jej pomysł i odpalił samochód ruszając w kierunku najbliższego motelu.
Powieki zaklejały się, zasłaniając mu co jakiś czas widok, ale uparcie dążył do celu. Mulatka zerknęła na niego i westchnęła. Musiała przy nim być, musiała go pilnować.
Zrobiło się jej żal Jeremiego, kiedy padł na łóżko i natychmiast zaczął chrapać, a jednocześnie chciała mu dać popalić, że wcześniej jej nie słuchał i tak długo nie spał. Z czasem zaczęła wkurzać ją ta jego zaciekłość, żeby przywrócić jej życie. Była martwa, mogło tak pozostać. Czasami wydawało jej się, że żyje tylko dlatego, bo jest potrzebna. Bo czy tak nie było? "Hej, Bonnie, mamy sprawę". Właściwie to zdanie słyszała najczęściej w swoją stronę i zwykle chodziło o Elenę albo o Klausa. Jednak nie potrafiła zostawić swoich przyjaciół. Bała się samotności. Teraz miała tylko Jera, a co jak i jego zabraknie? Co, jak po tym rytuale, czy cokolwiek to będzie, czarownice będą chciały się na niej zemścić i zamkną w jakimś pomieszczeniu, gdzie będą ją torturowały?
Bonnie zerknęła raz jeszcze na chłopaka i poszła przed siebie. Mogła chodzić, gdziekolwiek tylko chciała. Oglądała budynki z ogromnym zainteresowaniem. W końcu nigdy nie było dane jej zobaczyć takiego miasta jak Las Vegas. To było jak spełnienie marzeń, szkoda tylko, że musi to oglądać sama, jako duch.
Młodszy Gilbert obudził się kilka godzin po wyjściu Bennett, wciąż jej nie było. Ciągle zwiedzała. Nieświadomy niczego Jer rozejrzał się po pokoju i zdezorientowany wstał z łóżka.
- Bonnie? - zawołał ochryple.
Nie mogła uciec, prawda? Ani też nikt nie mógł jej porwać, czy zabić. Jednak brak brunetki zaniepokoił Jeremiego. Przeszukał cały pokój z łazienką, a kiedy wrócił ujrzał ją stojącą przy oknie i z uśmiechem wpatrującą się w widok za nim.
- Bonnie, gdzie ty byłaś? - zapytał, czując ulgę.
- Trochę pozwiedzałam - uśmiechnęła się jeszcze szerzej, tym razem w jego stronę i podeszła do Jera. - Wyspałeś się?
- Można tak powiedzieć. Jedziemy - rzucił i wyparował z pomieszczenia.
Zielonooka westchnęła głośno i wyszła za nim. Nie lubiła, jak ktoś poświęcał się dla niej aż tak bardzo, choć musiała przyznać, że było to bardzo miłe.
Podjechali pod dom o kolorze kawy, który idealnie komponował się z ciemnobrązowym dachem. Od samego początku Bonnie i Jeremiemu przypadły do gustu okolice. Bennett podeszła do drzwi z lekkim wahaniem, w przeciwieństwie do Gilberta, który sunął przed siebie z determinacją. Pewny siebie zapukał w drewno i czekał, aż ktoś mu otworzy.
- Wątpię, że to wypali - mruknęła brunetka i odetchnęła ciężko.
Jer nawet nie skomentował, tylko zacisnął zęby. Nienawidził, kiedy to mówiła. Nienawidził, że nie wierzyła, że to możliwe. Niedawno sama to zrobiła. Zwróciła życie, zaprzeczyła naturze. Skoro twierdzi, że ta wiedźma jest jeszcze potężniejsza od niej samej, to nie powinno być problemu. Nie powinno być sytuacji, że to "nie wypali".
Drzwi z cichym skrzypem otworzyły się, a przed nimi stanęła średniego wzrostu blondynka. Uniosła brwi do góry.
Przez moment myślał, że może to pomyłka, ale wierzył Bonnie i postanowił zaryzykować. Spodziewał się kogoś o wiele starszego, a ta dziewczyna miała może 19 lat!
- Ty jesteś Elizabeth Carter? - spytał od razu.
- Tak - odparła niepewnie.
Nie znała go, czemu więc do niej przyszedł?
- Musimy porozmawiać - powiedział szybko.
Po co? Zmierzyła chłopaka podejrzliwym wzrokiem, jednak stwierdziła, że i tak nie powinien jej nic zrobić. Jeśli jest niebezpieczny - nie wejdzie. Otworzyła szerzej drzwi.
- Herbatę, czy kawę? - zapytała, odchodząc w głąb domu.
Jeremy spojrzał zdziwiony na towarzyszkę obok i wszedł za dziewczyną, po czym zamknął za sobą drzwi, idąc w kierunku blondynki.
- Ona wie - szepnęła Bennett, jakby w obawie, że ją usłyszy. - Musi wiedzieć.
- Eee... wodę - odpowiedział w końcu na pytanie Elizabeth i usiadł na jednym z krzeseł.
Szatyn rozglądał się po pomieszczeniu, co jakiś czas rzucając pannie Bennett krótkie spojrzenia. Mulatka uśmiechnęła się delikatnie i przyjrzała blondynce. Jej moc była tak silna, że Bonnie czuła jakby ją niemalże od niej odpychało. Przymrużyła oczy, zastanawiając się, skąd wzięła się u niej aż tak ogromna siła. A myślała, że to ona jest potężna.
- Więc... o czym chciałbyś porozmawiać...? - nie dokończyła, spoglądając na niego pytająco.
- Jeremy - rzucił szybko i chwycił od niej szklankę z wodą. - Chciałbym prosić Ciebie o pomoc - wyjaśnił i upił łyk napoju.
- Mnie? - zaskoczył ją. - Nawet się nie znamy, a ty prosisz mnie o przysługę - roześmiała się dźwięcznie.
Zauważając powagę obcego jej chłopaka, umilkła. Odchrząknęła i spojrzała na niego też poważnie. Kto normalny przychodzi do kogoś, kogo w ogóle nie zna i prosi o coś? To chore.
- Danielle mówiła, że możesz mi pomóc - powiedział.
- Danielle? - zmarszczyła brwi. - Danielle Marllett? - spytała dla pewności.
- Tak - odparł lakonicznie.
- Więc o co chodzi? - spuściła wzrok, nagle zainteresowana zawartością swojej szklanki.
- Musisz kogoś przywrócić do życia - na to zdanie uniosła wzrok do góry. - To moja przyjaciółka, ona nie powinna umrzeć - słowa wypływały z jego ust automatycznie, musiał ją przekonać, byli tak blisko.
- Chcesz, żebym przywróciła Twoją koleżankę do życia? - prawie parsknęła, jednak powstrzymała się.
- Danielle mówiła, że tylko Ty możesz to zrobić, Liz - powiedział, patrząc na nią błagalnie.
Blondynka wbiła wzrok w szatyna. Pierwszy raz odkąd zmarła jej matka, ktoś powiedział do niej Liz. Niestety to zmiękczyło jej serce. Zresztą od zawsze uwielbiała pomagać, do czego przecież została stworzona. Dzięki magii miała takie możliwości.
Jeremy siedział w napięciu czekając na odpowiedź. Obawiał się, że dziewczyna może zaprzeczyć, choć nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Bonnie zerkała z nadzieją to na Gilberta, to na Carter. Wszystko w środku niej krzyczało z utęsknieniem, żeby w końcu wydusiła z siebie krótkie "tak", żeby dała jej nową szansę. A na zewnątrz pozostawała prawie obojętna na to.
- Zgoda - wydusiła cicho blondynka. - Ale nie dziś. Przyjdźcie w czasie pełni do Clark Country Wetlands Park - dodała.
- Chcesz to zrobić w parku?
Tak właściwie to nie obchodziło go, gdzie to zrobią, ważne że w ogóle to zrobią. Cieszył się. Ogromnie. Znowu miał ochotę przytulić się do Bonnie i po raz kolejny przypomniał sobie, że nie może, ale pocieszył się, że niedługo już będą mogli to robić.
- Uwierz mi, ten park po piątej popołudniu jest całkowicie wypustoszały - powiedziała z lekkim uśmiechem.
- Dziękuję, naprawdę - Jer wstał od stołu i przytulił Elizabeth. - Jestem Ci wdzięczny.
- Hej, dziękuj mi jak to zrobię - zaśmiała się cicho.
Wraz z Bennett opuścił ten dom i pojechał w stronę centrum. Dziewczyna nic nie mówiła, tylko siedziała, wpatrując się w dal. Zastanawiała się, jak to możliwe. Tyle trudu Jeremiego opłaciło się. Co prawda jeszcze nie po wszystkim, ale przeczuwała, że już za kilka dni będzie mogła znowu żyć. Tak naprawdę żyć.
Tylko żeby to było takie łatwe...

Brunet co chwilę zerkał na dziewczynę z obawą, że zaraz ją straci. Sam przechodził przez ugryzienie wilkołaka, wiedział jaka to męka. Podstawił jej przenośną lodówkę z torebkami krwi, żeby niczego jej nie zabrakło. Przez kilka, jak nie więcej godzin słuchał, jak Elena wyzywała wyimaginowaną Pierce i nic nie mógł z tym zrobić. Już dłużej nie potrafił gniewać się na nią, kiedy była w takim stanie i stwierdził, że nie mógłby bez niej żyć.
Przez większość czasu zastanawiał się, skąd ten skurczybyk znalazł się w Nowy Jorku i czemu, do cholery, zaatakował Elenę, gdy jasno mu zakomunikowała, że nie jest Katherine, a jedynie jej sobowtórem. Czyżby był tak mało poinformowany i nie miał pojęcia o czymś takim jak Doppelgänger? Jednak większą uwagę poświęcił temu, skąd u wilkołaka wzięło się tyle siły? Jeszcze żaden wilkołak nie kopnął go tak mocno, jak ten blondyn. Oprócz Klausa, ale on jest hybrydą, a z tego co wiadomo, to Mikaelson pozbył się wszystkich swoich "sługusów" jakiś czas temu. Chyba, że o czymś nie wiedział.
Mijając znak, oznaczający wjechanie do Nowego Orleanu, Damon spojrzał na szatynkę, która głęboko, ale spokojnie oddychała. Była okropnie blada, na czole widniał błyszczący pot i zapadły się jej policzki, przez co wyglądała jeszcze straszniej.
- Cholera - zaklął cicho, wiedząc, że mało czasu im pozostało.
Przyspieszył tak, jak to tylko było możliwe i skierował się do posiadłości Mikaelsonów. Kiedyś Elijah dał adres Elenie "w razie potrzeby". Na całe szczęście, bo teraz błądziłby po całym mieście, szukając największej willi.
Zaparkował przed ogromnym domem, który był większy od tamtego w Mystic Falls. Ale Salvatore nie miał czasu na podziwianie architektury, czy krajobrazów. Od razu wyciągnął wampirzycę i wziął ją na ręce, biegnąc wampirzym tempem w stronę wejścia. Zapukał i wpadł do środka, bo i tak raczej nikt nie chciałby ruszyć swojego tyłka aby otworzyć.
- Damon? - najstarszy Mikaelson patrzył na bruneta z uniesionym brwiami.
- Mamy dzisiaj strasznie dużo gości - zza szatyna wyszła Katherine z kpiącym uśmieszkiem.
Na widok dziewczyny wampir zdziwiony zmarszczył brwi i nie odpowiadał przez krótki moment. W końcu przypomniał sobie, po co tak naprawdę tutaj przyjechał i wskazał brodą na Elenę, spoczywającą w jego ramionach.
- Potrzebujemy krwi naszej kochanej Hybrydy - powiedział i położył prawie nieprzytomną brązowooką na kanapie w salonie. - Nie będę nawet pytał, co TY - wskazał na Petrovę palcem - tutaj robisz. Jak widać stara miłość nie rdzewieje - uśmiechnął się arogancko.
- Jak widać znalezione nie kradzione - rzuciła kąśliwie, patrząc na swojego sobowtóra.
Obrzucili się nienawistnymi spojrzeniami.
- Stop - przerwał Elijah, który zauważył, że usta Salvatora znowu się otwierają. - Nie mam zamiaru tego słuchać.
- Gdzie jest Klaus? - spytał Damon niecierpliwie.
- A gdzież mógłbym być, jak mnie potrzebujesz, przyjacielu? - do pokoju wszedł uśmiechnięty blondyn i rzucił spojrzenie leżącej Elenie. - Ałć. Musiało boleć - skrzywił się teatralnie i podszedł do barku, nalewając sobie Bourbonu.
- Klaus, daj jej swoją krew - Damon prawie że rozkazał, co nie przypadło do gustu Pierwotnej Hybrydzie.
- A czemu miałbym to robić? - podniósł brwi.
- Bo jeszcze Cię nie zabiłem - odparł, jakby to było oczywiste.
Niklaus otworzył delikatnie usta, po czym prychnął rozbawiony i uśmiechnięty zwrócił wzrok na niebieskookiego, który natarczywie patrzył na niego, próbując wymusić na nim danie krwi Elenie.
- Zabawne - rzucił w końcu. - Wydaję mi się, czy żyję tylko dlatego, że jestem połączony z wami linią krwi? - udał, że się zastanawia.
Nie lubił tych dzieciaków, którzy myśleli, że mogą robić, co chcą. Rozpieszczone bachory. To on był tym starszym, a oni próbowali nim rządzić.
- Niklaus - usłyszał poważny głos brata, więc na niego spojrzał - zrób to.
Klaus roześmiał się krótko i pokręcił głową.
- Nie - powiedział stanowczo i ominął wszystkich, kierując się do wyjścia.
Damon skrzywił się lekko i odwrócił w stronę wychodzącego Pierwotnego. Nagle wpadł na pomysł. Wyciągnął telefon i wystukał numer, uśmiechając się delikatnie.
- Halo?
- Caroline? - zapytał, nie mogąc powstrzymać uśmiechu na widok spinającej się Hybrydy.
- Damon? Serio? - odezwała się zdenerwowana. - Chyba nie chcesz spytać o radę modową, więc...?
- Barbie, chciałbym Tobie oznajmić, że razem z Eleną zawitaliśmy w Nowym Orleanie - powiedział, patrząc na wściekłą minę Klausa.
Cholerny Damon! Czemu zadzwonił akurat do Caroline? Czemu w ogóle on się tym przejmuje? Przybrał na twarz obojętną maskę.
- O rany, serio?! Gdzie jesteście? - blondynka uśmiechała się wesoło do komórki.
Będzie mogła zobaczyć swoją przyjaciółkę. Już zdążyła się za nią stęsknić, mimo że minęło dopiero kilka dni. Szczęśliwa czekała, aż podadzą jej adres, czy cokolwiek, żeby mogła ich zobaczyć, a właściwie Elenę, na starszym Salvatorze jej specjalnie nie zależało.
- Niestety z Eleną nie jest za dobrze - na te słowa mina Forbes zrzedła.
- Co? Jak to? Co jest z Eleną? - rzucała szybko pytania. - Żyje, tak? - spytała niepewnie, bojąc się odpowiedzi.
- Ugryzł ją wilkołak - wyjaśnił i westchnął cicho.
- No to jedźcie do Klausa! - zawołała prędko.
- W tym problem, że jesteśmy u niego - zerknął z powrotem na Hybrydę.

Pierwotny przewrócił oczami, nie dając nabrać się na sztuczki Salvatora. Chcieli przywlec Caroline, bo uważali, że wtedy się złamie. Naprawdę nie wiedział, czemu są aż tacy naiwni. Gilbert była mu niepotrzebna już od dawna. Jej przyjaciel zabił jego brata, ona sama próbowała wiele razy zabić nie tylko Go, ale też całą jego rodzinę. Dlaczego miałby spieszyć jej z pomocą? Nie był na jej każde skinienie, jak te pieski Salvatorowie. Ruszył do swojej pracowni, z deka zły. Jak oni śmieli nim manipulować?

***

Witam, hej, jak tam Wam życie mija? Ja sobie przybywam z obiecanym wcześniej 4-tym rozdziałem! Ech, no tak. xD I dziękuję za wszyyyyystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem, a także za odwiedziny i obserwatorów. <3 Naprawdę dziękuję, bo sprawiacie, że uśmiecham się nawet z najgorszy dzień, kochani. <3
Pozostawiam Wam go do oceny. :D Czy coś. :p Tak czy inaczej rozdziały będę dodawała teraz co tydzień w piątek/sobotę/niedzielę. Wiem, trochę niezdecydowane terminy, ALE najpewniej będą dodawane w sobotę. :D 
Aaa! Zamówiłam sobie szablon na jednej z szabloniarni i już nie mogę doczekać się efektów! :D Na pewno będzie super, chociaż miałam problem z wyborem, kogo wcisnąć na "główny plan". ;p 
Jeszcze raz dzięki za wszystko, my darlings. <3 Życzę każdemu z osobna fajnego weekendu, słoooońca od groma, kurczę dobrego śniadania, a jak ktoś nie jada to obiadu! :D I wiele, wiele innych życzeń Wam przesyłam. <3
love, love, love,
artisticsmile. <3

niedziela, 9 marca 2014

3. | Zrozum to wreszcie.

~ 3 ~
Zrozum to wreszcie.

Brunet i szatynka wysiedli przy hotelu na swoim pierwszym przystanku - Nowy Jork. Wzięli po jednej torbie, a reszta została w aucie, bo i tak długo nie pozostaną w tych okolicach. Wyruszą w dalszą drogę, mając do zwiedzenia jeszcze kilkanaście innych większych miast w Stanach Zjednoczonych.
- Już kiedyś tutaj byliśmy - Damon spojrzał na wampirzycę spod przymrużonych powiek z podejrzeniem.
Coś mu nie grało w tej całej przejażdżce po świecie. Od kiedy to dziewczyna była taka chętna do podróży?
- Może - odparła - ale nie zwiedzaliśmy niczego, bo miałam wyłączone człowieczeństwo i jedyne co mnie obchodziło to krew - przypomniała mu, marszcząc brwi.
Nie lubiła wspominać o swoim zatraceniu się w byciu wampirem, kiedy mówiła okropne rzeczy, których nigdy nie powiedziałaby, nawet do największego wroga. Nie przypominając o tym, jak prawie zabiła dwie najlepsze przyjaciółki.
Niebieskooki zmierzył dziewczynę wzrokiem i nagle coś mu zaświtało.
- Ach tak! Racja. To wtedy szukałem dla Ciebie lekarstwa - rzucił i obserwował zachowanie szatynki.
Gilbert zwróciła głowę w jego kierunku, nie bardzo go rozumiejąc.
- Do czego zmierzasz?
- Do niczego - wzruszył powolnie ramionami - tak tylko sobie wspominam - uśmiechnął się półgębkiem. - Och, to były czasy! - zawołał, wzdychając teatralnie.
Dziewczyna spoglądała na niego, jakby nie do końca wiedziała, czy jest normalny.
- A pamiętasz, jak razem z Rebekah - zaczął łagodnie - zabrałaś mi kartkę z wszystkimi adresami Katherine? - dokończył pytanie, patrząc na nią poważnie.
Brązowooka zdziwiła się, że tak szybko na to wpadł. Speszona nie odpowiedziała od razu i założyła kosmyk włosów za ucho, przeciągając tę chwilę jak najdłużej, jakby przypominała sobie te zdarzenie.
- Coś tam pamiętam - mruknęła cicho.
- Elena - odezwał się surowym głosem - miało być zero szukania Pierce, a okazuje się, że cała ta wycieczka to po to, żebyś mogła zabawiać się w Sherlocka Holmesa! - warknął zdenerwowany.
- Wcale nie! - zaprzeczyła natychmiast.
- Nie? - uniósł brwi, nie wierząc w jej słowa. - Skoro tak, to wiem gdzie ona jest - powiedział.
Oczywiście skłamał, ale chciał żeby Elena powiedziała mu prawdę, a nie kłamała mu prosto w oczy. Wolał najgorszą prawdę od najpiękniejszego kłamstwa.
- Co? - zdziwiła się. - To ty przez ten cały czas wiedziałeś i nie miałeś zamiaru mi powiedzieć?! - krzyknęła wściekła. - Gdzie ona jest? - wysyczała, oddzielając każdy wyraz.
Nie spodziewała się po Damonie zatajania przed nią miejsca przebywania Katherine, ani po sobie, że tak wybuchnie.
Wampir uśmiechnął się cwaniacko, jednak był smutny, cholernie smutny. Myślał, że wakacyjna podróż jest tylko dla nich, pełno wesołych chwil, tylko oni i ich miłość. Że ten wspólnie spędzony czas zbliży ich do siebie jeszcze bardziej. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo się mylił. Trudno było mu to przyznać, ale zawiódł się na Elenie.
- Czemu się uśmiechasz? - zapytała i zmarszczyła czoło. - Sądziłam, że jesteśmy ze sobą szczerzy.
Parsknął. Ona zarzucała mu kłamstwo? To właśnie ona go okłamywała, a teraz nawet się z tym nie kryje i oskarża go o nieszczerość wobec niej.
- A ja sądziłem, że to będą nasze wakacje - powiedział cicho z bólem w głosie. - Ty nigdy nie odpuścisz, prawda? - to pytanie już wyszeptał i odwrócił się od niej.
- Damon - zaczęła skruszona.
Popełniła błąd. Ale Damon wiedział ile dla niej znaczy zemsta na Petrovej.
Zwrócił się ku szatynce z nadzieją, że powie coś więcej, jednak nic więcej nie usłyszał, a kiedy wampirzyca spuściła wzrok na buty, skierował się w stronę hotelu.
- Katherine - niedaleko dziewczyny stał jakiś blondyn, który patrzył na nią z pewnym dystansem.
Salvatore zatrzymał się w progu budynku i spojrzał na chłopaka zdziwiony. Elena nie była mniej zdziwiona od bruneta. Niby przyzwyczaiła się, że wszyscy mylili ją z Pierce, ale ten koleś nie wyglądał jakoś szczególnie przyjaźnie. Uniosła brwi.
- Nie jestem Katherine - prychnęła.
Blondyn uśmiechnął się kpiąco.
- Oczywiście - pokiwał głową, jakby ze współczuciem. - Nic się nie zmieniłaś - westchnął teatralnie - ciągle przy Tobie jest jakiś facet. Kolejna kolacja? - roześmiał się, co przeraziło Gilbert.
Już była pewna, że to nie jest przyjaciel pierwszego sobowtóra, a to co zrobiła mu Pierce musiało być nieprzyjemne, skoro jej szukał.
- Nie jestem Katherine - powtórzyła. - Mam na imię Elena - dodała, próbując załagodzić sytuację, jednak musiała przyznać, że facet był strasznie irytujący i najchętniej olałaby go.
- Jasne, wierzę Ci - uniósł ręce do góry w geście poddania, ale uśmiech mówił zupełnie co innego, więc to nie przekonało Gilbert. - Nie wiedziałem, że jesteś taka głupia aby tutaj wracać.
- Słuchaj koleś - wtrącił Damon opryskliwie - mam gdzieś, co sobie myślisz w tej Twojej tlenionej główce, lepiej dla Ciebie, jak stąd pójdziesz - zrobił groźną minę, podchodząc do niego.
Blondyn zaśmiał się najwidoczniej rozbawiony. Kopnął Salvatora w brzuch tak, że poleciał kilka metrów dalej. Szatynka przerażona stanem bruneta i siłą chłopaka, spojrzała na Damona. Nie myśląc wiele, podleciała do blondyna i przycisnęła go do ściany za szyję. Warknęła, ukazując swoją mroczną twarz. Ten w ogóle nie był przestraszony ani nawet zaskoczony. Uśmiechnął się i ugryzł brązowooką w nadgarstek, przez co puściła go, a on uciekł. Spojrzała wkurzona za blondynem, którego już nie zobaczyła i podeszła do niebieskookiego z troską. Zerknął na jej rękę i jęknął. Elena zaskoczona reakcją bruneta, zwróciła wzrok w to samo miejsce i rozszerzyła usta, po czym przełknęła ślinę.
Kim był ten facet i czego chciał od Katherine?

Blondynka wybuchnęła śmiechem na kolejny żart mężczyzny. Przesiedzieli ze sobą całą noc, popijając w między czasie wszelakie trunki. A mimo tego nawet nie poznali swoich imion. Wampirzyca zapomniała o czasie i o zmęczeniu, świetnie bawiąc się w towarzystwie ciemnoskórego. Owiany był mgiełką tajemnicy, która strasznie kusiła i nęciła dziewczynę, aby ją odkryć. Nie mogła tak po prostu od niego odejść.
Nawet nie zauważyli, że w barze kryje się jeszcze jedna osoba, spoglądająca na męską połowę tego duetu z pogardą i nutką zazdrości. Był zły na byłego protegowanego i był też zagubiony. Nie miał pojęcia, czemu blondynka omijała go szerokim łukiem, wydawało mu się, że są przyjaciółmi. Poza tym, skoro była w Nowym Orleanie, to znaczyło, że Lockwood pokłócił się z Caroline albo najzwyczajniej nie wrócił do niej. Wymusił kpiący uśmiech na twarzy i prychnął. Bardzo się stoczył, mimo iż nie wszystko było stracone, czuł się żałośnie. Opijał swoją zazdrość zamiast walczyć. To aż niepodobne do Niklausa. Wyszedł z baru, nie mogąc dłużej oglądać tej parki.
Forbes wyjęła telefon z czarnej torebki i otworzyła szerzej oczy, po czym powróciła wzrokiem na nieznajomego chłopaka.
- Już piąta! - zawołała, podrywając się z siedzenia. - Dzięki za mile spędzony czas, ale muszę wracać do domu, Stef pewnie się martwi - powiedziała szybko, nie uzyskując żadnej odpowiedzi, a nawet jej nie oczekując. - Mam nadzieję, że do zobaczenia, panie M - uśmiechnęła się przesłodko i wyszła szybko z klubu.
Przy wejściu wpadła na czyjeś plecy.
- O rany, przepraszam bardzo - rzuciła speszona - proszę pa... - urwała, widząc twarz osoby, na którą weszła. - Klaus? - podniosła brwi do góry. - Co ty robisz tutaj o tej porze? - spytała zdziwiona.
Jest piąta rano, a on chodzi po ulicach. Nigdy nie wiedziała, że z niego taki ranny ptaszek. Nie AŻ taki. Dopiero potem zorientowała się, że pyta go o to, co robi w mieście w którym aktualnie mieszka.
- Caroline - odezwał się - jak miło Cię widzieć, kochana - uśmiechnął się, ale blondynka dobrze widziała chłód, panujący w jego oczach, chociaż nie wiedziała, czym był spowodowany. - Co ja tutaj robię? - zmarszczył czoło. - Chyba stosowniej byłoby zapytać, co sprowadza Ciebie do Nowego Orleanu? Myślałem, że nie lubisz tych klimatów - ostatnie dwa słowa prawie wyszeptał, uśmiechając się łobuzersko.
Forbes zamrugała kilkakrotnie, chcąc odpędzić od siebie dziwne uczucie, które wkradło się do jej serca. Coś w głębi niej lubiło Pierwotnego i, mimo ogromnych starań dziewczyny, to coś powoli wychodziło na światło dzienne. Nie chciała do tego dopuścić.
- Przyjechałam ze Stefanem - odparła w końcu. - I masz rację, nie lubię. Ale co zrobić - dodała obojętnie.
- No tak. Czego nie robi się dla przyjaciół - powiedział, zerkając na nią. - A co ta... - zaczął po dwóch sekundach milczenia.
- Nawet nie próbuj - przerwała mu natychmiast, wiedząc o co chce zapytać.
Spojrzała gdzieś w dal i zacisnęła wargi w maleńką linię, próbując wcisnąć myśli o Lockwoodzie głęboko, tak jak robiła to przez calutką noc. Ale Klaus widocznie nie chciał jej odpuścić.
- Czyżby Młody Brutus nie powrócił ze swojej wycieczki? - zapytał, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu.
- Nie nazywaj go tak! - warknęła, patrząc na niego groźnie.
- Czemu wciąż bronisz tego zwyrodnialca? On nie jest Ciebie wart - mówił, jakby chciał przekonać do czegoś blondynkę.
- A ty jesteś, tak? - parsknęła, znowu odwracając od niego wzrok.
Miała dość tej rozmowy. Może właśnie tego próbowała uniknąć odkąd tu przyjechała? Wiedziała, że choćby bardzo tego nie chciała na pewno pokłóci się z Mikaelsonem.
Anglik nie odpowiedział na jej pytanie. Był stu, ba!, nawet dwustu procentowo pewien, że zasługiwał na nią. Mimo tych złych czynów, jakich się dopuścił w przeszłości, to Caroline nie skrzywdziłby nigdy. I w tym różnił się od Tylera.
- Nie pomyślałaś o tym, że gdyby naprawdę Ciebie kochał, byłby przy Tobie nieważne od sytuacji?
Słowa blondyna zabolały Caroline. Próbował zmusić ją do utraty wiary w uczucia Tylera! A przecież brunet ją kochał. To przez niego jej chłopak musiał opuścić miasto i ją, a nie dlatego, bo Forbes mu się znudziła.
- No pewnie - pokiwała głową. - I codziennie miałby zmagać się ze strachem, czy go nie zabijesz! - krzyknęła wściekła.
- Czy chociaż raz zadzwonił do Ciebie, Caroline? - to pytanie sprawiło, że wampirzyca mimowolnie spojrzała na Niklausa. - Wysłał list, napisał smsa?
- Nie, bo mógłbyś go odnaleźć - powiedziała pewna swoich słów.
Zdawała sobie sprawę, że mógł do niej napisać, ale przecież nie powie tego Klausowi. To wszystko co mówił Pierwotny zaczynało wbijać się jej do głowy, odbijając od ścianek umysłu i tworząc wielką wojnę z myślami, do których była święcie przekonana, że są prawdziwe.
- A teraz, kiedy dałem mu czystą kartę? - pozostawał przy swoim.
Miał pewność, że ma rację. Mógł zginąć czy nie - miłości się nie pozostawia. Nigdy. Klaus, gdyby ktoś mu zagrażał, w życiu nie opuściłby Caroline. Nawet jeśli dziewczyna nie odwzajemniałaby jego uczuć.
Milczenie dziewczyny dało mu odpowiedź. Nie dzwonił, nie wrócił. Nie rozumiał, czemu Caroline tak zacięcie go broniła i upierała się przy wierności bruneta. Była naiwna, sądząc, że pierwsza udana hybryda jeszcze pamięta o słodkiej blondynce, którą zostawił samą w Mystic Falls.
- Zrozum to wreszcie, kochana - powiedział i zostawił Forbes samą.
Stała oniemiała i patrzyła za odchodzącym Klausem. Czy blondyn mógł mieć rację? Te wszystkie zdania, które wypłynęły z jego ust, sprawiły, że wampirzyca zwątpiła i zaczęła zastanawiać się nad tym, co powiedział. Cząstka jej musiała to przyznać - Tyler mógł z nią zostać i olewać Klausa, ale większa część stanowczo zaprzeczała - musiał wyjechać, żeby żyć! Mają przecież wieczność. W końcu do siebie wrócą. I potem znowu cichy głosik odezwał się, mówiąc, że gdyby Lockwoodowi zależało - wróciłby albo chociaż zadzwonił, czy też nawet napisał. A on nie zrobił nic. Kompletnie NIC. Czy Tylerowi na pewno zależało na Caroline? Po chwili skarciła się za te myśli i oburzona prychnęła głośno, że też Klaus ma czelność mówić jej coś takiego. A jednak... ciągle w głowie blondynki trwała bitwa na przekonania. I na razie ta cichsza strona przegrywała z jej dumą, niekoniecznie z prawdą.

Ciało kolejnej ładnej dziewczyny opadło na zimną posadzkę, robiąc przy tym głuchy hałas. Niewzruszony tym jakoś szczególnie opadł na wielkie łoże i westchnął zadowolony. Mimo samotności potrafił dobrze się bawić. A nawet lepiej bawił się sam, niż z kimkolwiek. Rozejrzał się po przestronnym pokoju i, nie przejmując się martwymi ciałami na podłodze, podszedł do lodówki, stojącej przy przeciwległej ścianie do łóżka. Zdenerwowany brakiem czegokolwiek, zamknął z hukiem lodówkę i wyszedł z pomieszczenia, oceniając przedtem swój wygląd i stwierdzając, że wygląda niesamowicie przystojnie.
Uśmiech na twarzy szatyna to była tylko taka przykrywka. Ktokolwiek, kto nawinąłby się mu po drodze, mógłby skończyć jako przekąska. Życie ludzkie było akurat czymś, czym nie przejmował się w ogóle. Bo po co miałby? Kiedyś i tak umrą, a tak to przynajmniej mieliby ciekawą śmierć.
Wszedł pewny siebie do najbliższego baru, których było mnóstwo w Las Vegas. Czuł, że to właśnie tutaj jest jego miejsce. Wieczna zabawa, zero ograniczeń, wolność. Jak mógłby z tego nie korzystać?
Przystanął przy ladzie, wiedząc że długo w tym miejscu nie zabawi, dlatego w ogóle nie siadał. Chciał napić się i wyjść w poszukiwaniu rozrywki, której miał pod nosem pełno. Przez cały tydzień nie zdążył wszystkiego zobaczyć. Był sentymentalny. Tak jakby. Po tysiącu latach życia dopiero teraz zaczął żyć pełną parą. A to, co ludzie wynaleźli w XXI wieku było szaleństwem, na które szatyn z chęcią się pisał.
Zamówił butelkę Jacka Danielsa. Opróżnił ją do połowy w zadziwiająco szybkim tempie i wyszedł, trzymając w prawej dłoni alkohol i co chwilę go popijając. Omijał trochę znane uliczki, zachodząc głębiej i odkrywając nowe miejsca. Porównywał, jak jest teraz, a jak było kiedyś. Nie mógł uwierzyć, że "nic" stało się światową stolicą rozrywki. Trochę zmieniło się od tamtego czasu, kiedy Pierwotny zawitał w Las Vegas pierwszy raz. "Trochę" to pojęcie względne, bo jedyne co wampir pamiętał, to lasy i kilka domków. Nic nadzwyczajnego, więc nie został tutaj na długo.

/Las Vegas, Nevada, rok 1912/
Mikaelson przechadzał się ulicami młodego miasteczka, nie zawieszając spojrzenia na niczym, bo nie widział niczego specjalnego w kilkudziesięciu domkach i szosie. Przyjechał tutaj tylko po to, aby odwiedzić coś nowego. Zawsze przyjeżdżał choć na chwilę do nowych miast, bo może znalazłby w końcu swój zakątek. Tak odrywał się od swojej rodziny, która nie interesowała się nim zbytnio. To on był tym najgłupszym. Po jakimś czasie przestało mu to przeszkadzać i zaczął cieszyć się z bycia wampirem. Był kimś. Podczas, gdy jego bracia uchodzili za tych sławniejszych Pierwotnych, on zostawał w cieniu, a jednak to właśnie on był tym najbardziej bezwzględnym. Zwodził miłym uśmiechem, zabijając jako przyjaciel, żeby móc ujrzeć cierpienie i zdziwienie w oczach ofiary. Ludzie to tylko pożywienie. Przynajmniej tak twierdził, odkąd wyłączył uczucia.
Zasalutował jakiemuś mężczyźnie, stojącemu na ganku domu. Blondyn odwzajemnił miły gest ze strony wampira, uśmiechając się przy tym. Szatyn zaśmiał się pod nosem z naiwności faceta, który po chwili leżał martwy na drewnianej posadzce swojego domu. Kol przetarł wierzchem dłoni wargi od krwi i stanął przed drzwiami, lekko spychając ciało nieboszczyka na bok. Za chwilę w progu stała czterdziestolatka z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Dostrzegając męża na ziemi, zakryła usta dłońmi i zaniosła się szlochem. Nawet nie zwróciła uwagi na szatyna, który stał centralnie przed nią.
Pierwotny przewrócił oczami i spojrzał głęboko w oczy kobiety.
- Zaprosisz mnie do środka i nigdzie się stąd nie ruszysz - zahipnotyzował ją, czekając na jej reakcję.
Mieli pecha. Wampirowi akurat zachciało się zabić ich, bo taki miał kaprys. I raczej nie zlituje się nad nimi.
- Wejdź - powiedziała cicho, mimo całego przerażenia i niechęci do wypowiedzenia tego słowa.
Nie chciała go zapraszać, a jednak to słowo jakby samo z niej wyleciało. Do tego nie mogła się ruszyć. Kompletnie nie miała pojęcia, co się stało, a w dodatku w innym pokoju siedziała jej córka. Musiała ją obronić!
- Czego od nas chcesz?! - krzyknęła ciemnowłosa.
Kol zupełnie ją zignorował, przechadzając się po pokojach i szukając jeszcze kogoś. W ostatnim pomieszczeniu zauważył blondynkę, która właśnie się obudziła, bo wyglądała na zaspaną. Pierwotny przechylił głowę na prawo, chwilę jej się przyglądając. Chyba go nie zauważyła. Była ładna. Musiała taka pozostać. Po prostu - musiała. Podbiegł do niej w szybkim tempie, czym zwrócił jej uwagę. Krzyknęła, odsuwając się na sam koniec łóżka. Uśmiechnął się do niej i przebił zębami skórę na nadgarstku, podsuwając go pod usta dziewczyny. Nie zważając na jej głośne sprzeciwy, przydusił go mocniej, a kiedy blondynka upiła pod przymusem, skręcił jej kark.
Podczas, gdy dziewczyna była nieprzytomna przywlókł jej matkę i wpił się w skórę kobiety. Czerpał przyjemność nie tylko z picia krwi, ale też z jej strachu.
Blondynka w końcu ocknęła się, rozglądając lękliwie po pokoju. Natrafiła na szatyna i matkę w jego rękach. Kol przyłożył dziewczynie ledwo żyjącą kobietę, nie zważając na lament dziewczyny. Może coś zacznie dziać się w tym mieście i będzie czymś więcej niż tylko norą, przez którą przejeżdżają ludzie, aby pojechać dalej.
Przyszła wampirzyca poczuła o dziwo przyjemny zapach, a po chwili wpiła się w szyję swojej rodzicielki, pozbawiając ją życia. Zupełnie nie miała pojęcia, co się z nią dzieje, po prostu to zrobiła, poddała się przyjemności. Dopiero potem zorientowała się, co wyczyniła, ale nieznajomego już nie było.

/Las Vegas, czasy teraźniejsze/
Przed szatynem stanęła śliczna blondynka z uśmiechem na twarzy. Nie był to jednak miły uśmiech, biła od niego groza i chęć mordu. Nienawidziła go za to, co jej zrobił. Wprowadził ją w ten beznadziejny świat bez jakiejkolwiek pomocy czy choćby ostrzeżenia. Po prostu to zrobił. Na zawsze pozostała w jej głowie twarz oprawcy. To on zabił jej rodziców. I musi za to zapłacić.
Nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze ją ujrzy. Pewnie szukała zemsty, ale go to nie obchodziło, raczej nie wpadłaby na pomysł jak go zabić przez tysiąc lat, a przez kolejne szukałaby tej broni, której nie otrzymałaby.
- Vanjah Carter - odezwał się - miło Cię widzieć po tylu latach - kiwnął głową w jej stronę z serdecznym uśmiechem.
- Kol Mikaelson - zmrużyła delikatnie oczy, patrząc na wampira jakby z góry - i vice versa.

***



Hej, Haj, Helloł. :D Ogromnie dziękuję Tote, El Rose i Magente (nie umiem odmieniać, aha, oki xD) za komentarze. <3 Naprawdę mi miło, kiedy wiem, że jednak ktoś to czyta. :D
Miałam coś napisać, ale wyleciało mi z pamięci. :o Hm... no nic, może kiedyś się przypomni. A teraz żegnam się z wami, strasznie chce mi się spać, padam z nóg, bo rano ok. 9. obudził mnie sąsiad z wiertarką. Ja rozumiem, że ma remont, no ale, kurczę, dlaczego w weekend a nie w dni powszednie? :( OK. Czekam na wasze opinie, te pozytywne, jak i te negatywne. :D
love, love, love,

artisticsmile. <3


PS. Czy jest tutaj ktoś, kto pomoże mi z całym blogspotem? Chodzi mi głównie o szablon. Gdzie najlepiej złożyć "zamówienie" i jak go potem ustawić? BŁAGAM NA KOLANACH! <3 Będę wdzięczna za jakąkolwiek pomoc. xoxo

wtorek, 4 marca 2014

2. | Czasem warto zaryzykować.



~ 2 ~
Czasem warto zaryzykować.

Muzyka rozbrzmiewała w uszach ludzi, którzy szaleli na parkiecie. Dla niektórych ten klub był idealnym sposobem na nudę, a dla innych na poznanie kogoś nowego.
Blondyn i blondynka uznali, że można zacząć wakacje od tego właśnie klubu. Nawet nie lubiący tańczyć Salvatore dał ponieść się muzyce. Córka pani szeryf kręciła biodrami i wyginała swoje ciało, zwracając tym samym uwagę wielu chłopaków.
Teraz w ogóle nie przejmowała się dawnym życiem, czy też tym, że mimo zaproszenia Tyler do niej nie wrócił. Wyglądało to tak, jakby zapadł się pod ziemię. I może nawet bezduszna Elena miała rację, że on nie uciekał przed Klausem, tylko przed nią samą. Nawet to, że w każdej chwili może spotkać właśnie tego złego i bezlitosnego Klausa, w tym momencie to ją nie ruszało. I chociaż wiedziała, że Stefan przyjechał tutaj z jakiegoś konkretnego powodu nie potrzebowała go o to pytać, co więcej - nie chciała. Cokolwiek to było nie uszczęśliwiłoby jej, tego była w stu procentach pewna. Chciała po prostu przeżyć jak najlepiej te chwile ze swoim przyjacielem.
Zauważyła w nim niesamowitą zmianę, jakby... sytuacja z ostatnim sobowtórem nigdy nie miała miejsca. Jakby ktoś wymazał mu z pamięci wszystkie straszne chwile, zamieniając je na coś szczęśliwego. W głębi serca cieszyła się na tę zmianę, ale radość przykrywała gruba warstwa niepokoju. Czasami czuła, jakby była z zupełnie inną osobą, która maskowała się pod postacią Stefana. Dzisiaj jednak postanowiła wraz z wampirem, że od teraz przestają martwić się czymkolwiek i mają bawić się, jak nigdy w życiu. I właśnie to zamierzała robić - żyć.
Uśmiechnęła się trochę nieśmiało do czarnoskórego mężczyzny, który przyglądał się jej z zaciekawieniem i podziwem. Odpowiedział jej tym samym, a po chwili zniknął w tłumie ludzi.
- Idę się napić, idziesz ze mną? - zaproponował blondyn, zwracając uwagę Caroline na siebie.
- Jasne - odparła, rezygnując z poszukiwań przystojnego nieznajomego.
Panna Forbes rozejrzała się po siedzących przy barze mężczyznach, szukając kogoś interesującego z kim mogłaby przeżyć dzisiejszy wieczór, bo mimo dobrej miny Stefana wiedziała, że bardzo chce poznać jakąś dziewczynę, a ona pewnie tylko mu w tym przeszkadza. Krążyła po wielu przystojniakach, aż jej wzrok spoczął na jednym z nich. Dziewczyna zacisnęła zęby, widząc umięśnione plecy Hybrydy pod czarną koszulką. Na całe szczęście, dla blondynki, nie zauważył ich przybycia.
- Dwa razy tequila! - zawołał Salvatore.
Wampirzyca próbowała skryć się za lokami i pozostać niewidzialną dla Mikaelsona. Mogła się go spodziewać, ale nie sądziła, że tak szybko wpadną na siebie. Nie wiedziała też dlaczego tak bardzo zależy jej, aby go nie spotkała, bo po ostatnich ich chwilach wychodziło na to, że bardziej są przyjaciółmi aniżeli wrogami.
Na znajomy dla niego głos Klaus odwrócił się w kierunku źródła i to, co ujrzał zdziwiło go i od razu poprawiło humor. Jego ukochana siedziała kilkanaście krzeseł od niego i niefortunnie starała się ukryć pod jasnymi włosami. Odsłoniła swoją cudowną twarz dopiero wtedy, kiedy przechyliła kieliszek z alkoholem.
Wypił ostatni łyk whiskey i rozradowany zamierzał dosiąść się do słodkiej blondyneczki, która zawładnęła sercem Hybrydy. Wtedy zobaczył coś, przez co wszystkie pozytywne emocje uleciały z niego tak szybko, jak szybko się pojawiły.
- Może śliczna pani zechciałaby zatańczyć?
Na nieznajomy głos odwróciła się ciekawa, aby zobaczyć kto mógłby do niej podejść i zaprosić do tańca. Na widok mężczyzny, którego widziała już wcześniej w tłumie, uśmiechnęła się szeroko.
Stefan dał jej sójkę w bok i puścił oczko do Caroline. Blondynka roześmiała się wesoło, kiwając głową na zgodę.
- Z przyjemnością.
Złapała dłoń brązowookiego i pozwoliła się ciągnąć. W drodze na parkiet rzuciła do swojego przyjaciela strzałeczkę i wzrokiem przekazała nieme przeprosiny, ale on pokiwał głową w zrozumieniu i wskazał jakąś brunetkę, siedzącą przy barze.
Niklaus ze złości ścisnął w ręce szklankę, która rozpadła się na miliony kawałeczków, kalecząc tym samym Pierwotnego, jednak on nie przejął się tym, bo już zaraz nie było śladów po nacięciach.
Odwrócił się do baru i zamówił kolejnego drinka. To chyba nie jest jego dzień.

Brunetka kręciła głową w niedowierzaniu. Jej zdaniem chłopak całkowicie postradał zmysły, bo miała pewność, że to nie wyjdzie, po prostu niemożliwe, aby udało się to zrobić.
- Oszalałeś, prawda? - spytała po długim milczeniu.
- To jedyna taka szansa. Co ci szkodzi spróbować?
Prychnęła głośno poruszona pomysłami szatyna.
- I co zamierzasz? Wozić moje ciało w trumnie samolotem po całym świecie?! - nie wytrzymała i krzyknęła.
- Nie samolotem, samochodem - poprawił ją i na kolejne prychnięcie, oderwał się od pakowania i podszedł do czarownicy. - Może się udać! Zaryzykuj, Bonnie! - spojrzał w oczy dziewczyny.
- Do reszty zgłupiałeś - powiedziała o wiele spokojniej niż chwilę temu, wciąż patrząc poważnie na niego. - Nie żyję, Jer - Gilbert odwrócił wzrok, nie chcąc tego słuchać, jednak mulatka dalej ciągnęła. - Nie zmienisz przeszłości, to sprzeczne z naturą! - znowu się uniosła, chcąc przemówić mu do rozsądku.
- Ale mogę zmienić przyszłość! - powrócił spojrzeniem na nią. - Jest jakaś nadzieja! - przekonywał ją do swoich myśli, ale kiedy Bennett pozostawała nieugięta, spytał: - Nie chciałabyś znowu żyć, Bonnie? - nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi, krzyknął: - Odpowiedz mi!
- Chciałabym! - wyrwało się z jej ust pod presją z jaką naciskał na nią nastolatek. - Ale to niemożliwe - dodała ciszej, spuszczając wzrok.
Nie chciała przyznawać się do swoich pragnień, do tego jak bardzo chciałaby znowu poczuć dotyk Jeremiego, czy przytulić się ze swoimi przyjaciółmi albo chociażby porozmawiać. Nie mogła tego zrobić. Pragnęła w końcu zapomnieć o nich, ale po prostu nie potrafiła i część jej miała nadzieję, że wróci, tak samo jak jej przyjaciel. Musiała pozostać silna.
- To możliwe, Bon! - chłopak miał ochotę chwycić ją za ramiona, jednak zdał sobie sprawę, że to byłoby niewykonalne, dlatego cofnął ten gest i zacisnął zęby. - I to zrobimy - powiedział i wrócił do pakowania.
W tamtej chwili Jeremy poczuł nieodpartą chęć dotknięcia brunetki, co tylko spotęgowało jego działania. Pragnął uchwycić jej delikatny policzek i musnąć aksamitne usta, które bardzo kusiły swoim kształtem. Nie mógł pozwolić, żeby dziewczyna ujrzała tą słabość jaką żywił do niej. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że nigdy więcej nie poczuje jej skóry.
Odpuściła sobie namawianie przyjaciela do zmiany decyzji, wątpiła czy udałoby się jej to. Odkąd pamiętała Jeremy zawsze pozostawał przy swoim postanowieniu, był uparty jak osioł, a szczególnie, kiedy chodziło o życie bliskich mu osób. Bonnie zerknęła jeszcze raz na chłopaka i opuściła pomieszczenie, chowając się w tylko sobie znanym miejscu.
Gilbert poczuł nieobecność przyjaciółki i usiadł na łóżku. W końcu nadarzyła się okazja, aby odwdzięczyć się Bennett i przywrócić jej życie, tak samo jak Ona zrobiła to dla niego. Przez niego umarła, a on żyje. Miał szansę, nie rozumiał, czemu miałby z niej nie skorzystać.
Przez poprzednią noc szukał silnej czarownicy, co nie było łatwym zadaniem. Na początku musiał znaleźć dobrą informatorkę, a większość z czarownic znalezionych w notatniku Bonnie nie chciały pomagać, bo twierdziły, że "ta magia jest zakazana i niebezpieczna". Kilka godzin później natrafił na jedną - Danielle, która z początku co prawda upierała się, że to niezgodne z naturą, jednak w końcu rzuciła imię i nazwisko pewnej dziewczyny, a po długich namowach powiedziała także stan i rozłączyła się, twierdząc, że nie chce się do tego mieszać. Ale Jeremiemu to wystarczyło. Kolejne godziny spędził na obszukaniu całego stanu Nevada w poszukiwaniu Elizabeth Carter, którą znalazł w pięciu miastach i do tego w każdym co najmniej dwie. Zdecydował się na Las Vegas, bo tam znajdowało się aż czternaście Elizabeth Carter. Po tej wiadomości od razu zaczął się pakować. Nie miał czasu, żeby być zmęczonym.
Kiedy skończył chować większość rzeczy do toreb, udał się do domu Salvatorów, żeby pożegnać starszą siostrę, a tam zastał wielkie pakowanie. A więc i oni gdzieś jadą, pomyślał, ciekawe w jakim celu.
- Cześć, gdzie się wybieracie? - zapytał na wejściu, trochę zdziwiony ilością walizek.
- Nie tylko Ty, młody, chcesz się stąd wyrwać - stwierdził arogancko Damon.
Szatynka oderwała się od pracy i zwróciła w kierunku Jeremiego uśmiechnięta. Elena uniosła ramiona, ignorując bruneta, tak samo, jak zrobił to jej brat.
- Jeszcze nie wiemy - powiedziała.
- Tu i tam - wtrącił niebieskooki.
- A ty? - spytała.
W ostatniej chwili ugryzł się w język, przypominając sobie, że prawda mogłaby go uziemić. Z całą pewnością starsza Gilbert nie puściłaby go do Las Vegas, za żadne skarby. Mówiłaby, że totalnie zwariował i zamknęłaby go w piwnicy Salvatorów, skazując na wakacyjny areszt. Nie mógł dopuścić do takiej sytuacji.
- Do domku nad jeziorem - odparł.
Ulżyło mu, gdy zobaczył uśmiech na twarzy siostry. Przytuliła szatyna do siebie z nieukrywaną troską. Bała się o niego, to było zrozumiałe, bo tylko Jer został z całej rodziny Gilbert. To był jej jedyny brat, a straciła go już raz i nie chce ponownie stracić.
- Uważaj na siebie, Jer - powiedziała, prawie płacząc.
- Jedzie do lasu nad jeziorko, a nie do Las Vegas - mruknął Damon, wznosząc oczy do nieba, jakby prosił o coś.
Młodszy Gilbert nie dał po sobie poznać, jak bardzo Salvatore się myli i jak bardzo blisko był prawdy. Jednak nawet, gdyby Elena chciała go teraz zatrzymać, pewnie nie dałaby rady. Nic nie było w stanie go zatrzymać, nie teraz, kiedy znalazł wiedźmę, która może przywrócić jego Bonnie do życia.
Po czułościach i niechętnym pożegnaniu z wampirem, skierował się do domu, gdzie kiedyś miała miejsce masakra stu iluś tam czarownic. Kiedy zyskał pewność, że nikt go nie śledził, wszedł do środka i poszedł do jednego z wielu pokoi.
Pierwsze co zauważył, to jasna trumna. Wziął głęboki wdech, przejeżdżając dłonią po drewnie i wypuścił, widząc lekko zapadniętą twarz mulatki. Tak bardzo chciał mieć ją z powrotem. Żywą. Poczuł niezbyt przyjemny zapach, przez co natychmiast zamknął wieko. Dobrze wiedział, co to był za smród. Potrząsnął głową i wyjechał pudłem na zewnątrz. Przed wejściem czekał czarny van, którego wypożyczył od kolegi z dawnych lat. Niestety nie miał wampirzych zdolności, aby zahipnotyzować sprzedawcę samochodów, więc tylko to mu pozostało. Z wielkim trudem wniósł trumnę do środka i sam usiadł za kierownicą.
- Czeka nas długa droga, Bonnie, ale wierzę, że będzie warto - wyszeptał, odpalając samochód i ruszając do Las Vegas.

Najstarszy Mikaelson otworzył drzwi, które ukazały mu chyba najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek mógł oglądać przez swoje całkiem długie życie. Podszedł do łóżka, gdzie spała szatynka, wtulając się w kołdrę i tym samym odkrywała opaloną nogę. Uśmiechnął się do siebie. Nie żałował decyzji, że dał jej drugą szansę ani tego, że mieszka w tym domu. Choć musiał długo namawiać brata do oddania jej należytej wolności, opłacało się. Wreszcie miał ją przy sobie. Tę Katerinę Petrove, o której myślał od ponad pięciuset lat, w której się zakochał, a nie Katherine Pierce, którą stała się po przemianie. Teraz wyglądała tak zwyczajnie, beztrosko, tak jak zapamiętał ją, kiedy była człowiekiem. Już nie mogła wyłączać uczuć w każdej chwili, jeśli tylko zapragnie, musi z nimi walczyć. Odnalazł swoją Katerinę i cieszył się niezmiernie z tego powodu.
Nachylił się nad szatynką i ucałował śniade czoło dziewczyny, napawając się jej słodkim zapachem.
Katherine zamruczała niczym kotka i otworzyła zaspane oczy. Ujrzawszy nad sobą Elijah, uśmiechnęła się błogo, ponownie przymykając powieki.
Uwielbiała budzić się przy szatynie i przy nim też zasypiać. Jedyne, do czego nie mogła się przyzwyczaić, to serce, które biło zdecydowanie za szybko przy Mikaelsonie. Oczywiście nie potrafiła przyzwyczaić się do wielu innych rzeczy, nigdy nie chciała być człowiekiem, nie prosiła o to. Dlatego tak bardzo znienawidziła drugiego sobowtóra, kiedy zniszczyła jej życie... drugi raz. Za pierwszym mogła to jeszcze przeboleć, ale teraz? Przegięła. Jednak była bardzo rozpieszczana przez wampira i to jej jak najbardziej odpowiadało.
- Witam, Katerino - usiadł na łóżku i pogładził satynową pościel w miejscu, gdzie była odrobine wygięta.
- Dzień dobry, Elijah - powiedziała i podniosła się ociężale do siadu, rozciągając kości. - Jestem głodna - stwierdziła z grymasem na twarzy, gdy usłyszała cichy pomruk z jej brzucha i spojrzała na Pierwotnego, który jak zawsze ubrany był w garnitur.
Nawet nie umiała wyobrazić sobie Elijah chodzącego w zwykłych jeansach i koszulce, choć wiedziała, że na pewno wyglądałby seksownie. Myśląc o ciele najstarszego Mikaelsona, nieświadomie oblizała wargę i zaraz ją przygryzła, co nie uszło uwadze Elijah, któremu kąciki ust podeszły subtelnie do góry.
- Zrobię Ci śniadanie - zaproponował i wstał, poprawiając marynarkę.
Dziewczyna zdziwiona nagłym odejściem wampira, przez chwilę pozostała w tej samej pozycji, po czym zgrabnym ruchem poszła do łazienki, cały czas myśląc o eleganckim szatynie. Dziwne, ile w słowach "przeciwieństwa się przyciągają" jest prawdy. Ona - energiczna, spontaniczna, wybuchowa; on - spokojny, poukładany i moralny. I chociaż żałowała, że jest człowiekiem, to czuła się podobnie, jak miała okazję czuć się kiedyś.

/Anglia, rok 1491/
- Niebezpiecznie chodzić samej po ciemku, panienko.
Stojąca szatynka drgnęła na dźwięk niskiego głosu, jednak po chwili odniosła wrażenie, że jest bezpieczna i wcale nie musi bać się nieznajomego.
- Czasem warto zaryzykować - powiedziała swobodnie, uśmiechając się.
Odwróciła wzrok od przystojnego mężczyzny i spojrzała na sklepienie pełne maleńkich, błyszczących kropek.
Szatyn przyjrzał się bacznie dziewczynie tak znajomej, a jednak w ogóle nieznanej. Nie sposób mu było nie odwzajemnić uśmiechu, który mimo że taki sam jak Tatii, to piękniejszy.
- Ma panienka rację - w końcu odezwał się i podszedł bliżej, nie mogąc oprzeć się cudownej aurze wokół niej, która przyciągała z wielką siłą.
- Niebo jest piękne o tej porze - stwierdziła niezrażona bliskością mężczyzny. - Czy to nie dziwne, że gwiazdy na które teraz spoglądamy nie istnieją już od setek lat?
Po raz kolejny zdziwił się otwartością i pewnością siebie dziewczyny. Nigdy nie miał okazji spotkać kogoś równie intrygującego, jak ona. Cały czas patrzył na nią z pewnego rodzaju podziwem i słuchał uważnie, co ma do powiedzenia.
Brązowooka zerknęła na szatyna, kiedy nie uzyskała żadnej odpowiedzi, a ich spojrzenia skrzyżowały się, tworząc magiczną chwilę. Czuła się przy nim bezpiecznie, mogła mu zaufać i nie miała powodów do skrępowania w jego obecności. Wręcz przeciwnie! Miała ochotę powiedzieć mu wszystko i być sobą. Już dawno nie czuła się tak, jak właśnie teraz. Chciała, aby to trwało wiecznie.

Uśmiechnięta powróciła oczami na niebo, obserwując, jak tam toczy się życie. Wiedziała, że mężczyzna wciąż na nią patrzy, ale nic nie powiedziała, ciesząc się z trwającego momentu. Kiedy zerknęła znów w stronę szatyna, go już nie było. Pozostawił za sobą tylko wspomnienie i uśmiech, tlący się na ustach dziewczyny.

***

No hej, znowu! Jeju, nawet nie macie pojęcia jak bardzo cieszę się z tego, że ktoś jednak skomentował. Bardzo Wam dziękuję za komentarze i w ogóle za wszystko. Hahah. :D
Rozdział 2. nie jest za fajny, zresztą mam wrażenie, że dopiero od 20. (!), tak 20., zaczyna się coś dziać. :p 
Aha, aha! Zapomniałabym dodać, że rozdziały nie będą dodawane codziennie. Ale tak co 3-5 dni. :D Więc do napisania w sobotę albo niedzielę :3
love, love, love,
artisticsmile. <3

niedziela, 2 marca 2014

1. | Niech to będą nasze wakacje.

Wszystko rozpoczyna się od ostatniego odcinka 4. sezonu.

~ 1 ~
Niech to będą nasze wakacje.

- Witamy w Nowym Orleanie. Dziękujemy za skorzystanie z naszych linii lotniczych i zapraszamy ponownie.
- Stefan, nie wiem czy to taki dobry pomysł z tym całym Nowym Orleanem - odezwała się niepewnie blondynka, ciągnąc za sobą dwie ogromne walizki.
- Daj spokój, Care - uśmiechnął się pogodnie zielonooki. - I Tobie i mnie przyda się odpoczynek od Mystic Falls. Poza tym, to tylko wakacje.
Dziewczyna westchnęła i mocno zastanowiła się nad słowami młodszego z Salvatorów, lekko marszcząc brwi. Była w Nowym Orleanie, nareszcie wyrwała się z małego miasteczka i wyjechała gdzieś. Od zawsze marzyła podróżować. To mógł być niezły początek całego jej wiecznego życia. Po przemyślanych za, jak i przeciw uśmiechnęła się delikatnie do chłopaka.
- No i to mi się podoba! - zawołał i wyciągnął rękę po taksówkę.
Caroline nie mogła wręcz uwierzyć w wesołość przyjaciela, myślała, że po zerwaniu z miłością jego życia załamie się doszczętnie, ale blondyn nieźle ją zaskoczył. Podobał jej się w tym stanie i uwielbiała widzieć go takiego uśmiechniętego, jak kiedyś, kiedy był z Eleną.
Podjechali pod biały dom na przedmieściach, ku wielkiemu zdziwieniu panny Forbes. Spodziewała się zwykłego pokoju w hotelu, a to kompletnie ją zszokowało. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu.
- No to zaczynamy wakacje - powiedział, stojąc przed ich wspólnym, tymczasowym domkiem.
Blondynka zaśmiała się szczęśliwie i chwyciła obie swoje torby.
- Zamawiam większy pokój! - krzyknęła jeszcze i zniknęła w środku.
- Osz ty!

- Przestań tyle malować, Nik - do pomieszczenia weszła jasnowłosa dziewczyna. - Ile tu już siedzisz? 3 dni? - rzuciła złośliwie.
- Rebekah, siostrzyczko! - odwrócił się do niej, przedtem myśląc masę nieprzyjemnych słów o tym, że tak bezczelnie tu wparowała. - Już wróciłaś z wycieczki? Co tak szybko? - udawał wielce zdziwionego. - Zjadłaś swojego towarzysza, czy może od Ciebie uciekł? - uśmiechnął się sztucznie.
- Bardzo śmieszne - zmrużyła niebieskie oczy. - Nie sp... a zresztą, co ja będę się Tobie tłumaczyła - powiedziała, na co tylko wzruszył ramionami. - A powiedz mi, Nik, jak układa się pomiędzy Tobą a tą blondyneczką? Ach, czekaj! Przecież w końcu miłość jej życia wróciła do miasteczka - wiedziała, co powiedzieć, aby zrewanżować się na bracie i udało jej się.
Zadowolona wyszła z pracowni. Pierwotny przetarł brodę, patrząc za siostrą z poważną miną. Przez nią stracił jakiekolwiek chęci do tworzenia, więc poszedł przebrać się w czyste ciuchy. Zniszczyła jego jako taki dobry humor, który miał od samego ranka do teraz. Będę musiał zamontować jakąś kłódkę albo drzwi antywłamaniowe, pomyślał. Ale przecież przed Rebeką nie da się uciec.
- Rebekah! Jak miło Cię widzieć - szatyn podszedł do siostry i przytulił ją.
- Chyba tylko Ty zostałeś normalny w tej rodzinie, Elijah - uśmiechnęła się na ten gest z jego strony.
Właśnie jego uważała za wymarzonego brata. Czuły, wspierający, zawsze obroni i pomoże.

- A skoro mowa o rodzinie - zaczęła, oddalając się w stronę blatu, na którym usiadła - gdzie jest Kol? - zapytała, unosząc brwi. - O! Czekaj! - wykrzyknęła z entuzjazmem, kiedy najstarszy Mikaelson otworzył buzię, aby jej odpowiedzieć. - Niech zgadnę... - udała, że się zastanawia - baluje gdzieś na świecie, wyjadając całe miasto - dokończyła własną teorię i na koniec uniosła kąciki ust do góry.
- Widzę, że nic się nie zmieniłaś, Rebekah. A już miałem nadzieję, że może jednak nie wrócisz - stwierdził kąśliwie blondyn, wchodząc do kuchni.
- Niklaus, to Twoja siostra. Bądź milszy - powiedział Elijah, na co dziewczyna wytknęła zwycięsko język Klausowi, a on obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem. - Oboje powinniście dorosnąć - wzniósł oczy ku niebu na ich dziecinne zachowanie i wyszedł z pomieszczenia.
To nie było tak, że Niklaus nienawidził siostry, wręcz przeciwnie - kochał ją, jednak samo gadanie Pierwotnej potrafiło doprowadzić go do szału. A - według niego - jak można być miłym dla osoby, która cały czas go irytuje?
Uśmiechnęli się do siebie wymuszenie i każdy poszedł w swoją stronę.
Hybryda skierował się do króla miasta, nie tyle po to, aby z nim pogawędzić, ale po to, aby wydobyć z niego jak najwięcej informacji na temat jego władzy nad czarownicami. To na pewno było coś większego niż mogło mu się wydawać, a od kiedy Marcel ciągle mówił o "swoich zasadach", Klaus miał potrzebę przejąć jego miejsce jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. I każdy wiedział, że kiedy Niklaus Mikaelson ma na coś ochotę - dostaje to, nieważne w jaki sposób i jak długo musi na to czekać.

Szatynka krążyła po pokoju, gorąco nad czymś rozmyślając, a w tym samym czasie brunet siedział spokojnie na kanapie i, popijając drinka, przyglądał się dziewczynie.
- Przestań tyle chodzić, bo za chwilę bateria Ci się wyczerpie - powiedział ironicznie, czym zwrócił jej uwagę.
Spojrzała na niebieskookiego spod byka, a on teatralnie odetchnął z ulgą, bo w końcu przystanęła.
- Już zaczynało kręcić mi się w głowie - dodał.
- Pomógłbyś trochę, Damon.
- W myśleniu czy chodzeniu? - spytał z uśmiechem, co jeszcze bardziej zirytowało Elenę.
- Prawie ją miałam, rozumiesz?! - krzyknęła zdenerwowana. - Wepchnęłam jej lekarstwo do gardła, teraz powinno być łatwiej, a ona po prostu zniknęła - zrezygnowana opadła na sofę i zabrała z ręki Salvatora szklankę.
- Przecież jest człowiekiem - spojrzał na Gilbert - daleko nie zajdzie.
- Ale szukałam już wszędzie!
- Och, daj sobie z nią spokój - złapał ją za dłoń. - Weźmy przykład z kochanego Stefanka i zarozumiałej Barbie. Skorzystajmy z okazji. Mamy spokój od tchórzliwej manipulantki, wkurzającego monstrum, rodzinki pierwotnych i od tego całego Silasa - wywróciła oczami na jego słowa, jednak Damon nie dał za wygraną. - Niech to będą nasze wakacje, w których nikt nam nie przeszkodzi.
Po dłuższej chwili patrzenia się na przystojną twarz wampira odpuściła wszystkie złości i westchnęła, poddając się. Pomimo całej nienawiści do wrednej Pierce, musiała przyznać brunetowi rację. Nie wiadomo czy to nie są ich ostatnie chwile w pełnym spokoju, jak nie ostatnie w ogóle. Prędzej czy później Katherine odnajdzie się, a szczególnie, kiedy wraz z Salvatorem wyruszy wspólnie zwiedzać świat i przeszukiwać go od pierwszego sobowtóra Tatii.
Damon zadowolony z decyzji swojej partnerki zbliżył się do niej, skradając jednego całusa, który miał zapoczątkować ich mały urlop. Jednak znając temperament bruneta, nie skończyło się na jednym zwykłym buziaku.
- Elena, musimy porozmawiać - do domu wszedł Jeremy, nie zwracając uwagi na to, że przerwał im właśnie w robieniu czegoś "ważnego".
- Serio, młody? - prychnął niebieskooki, patrząc groźnie w jego kierunku.
- Jeremy, coś się stało? - zmartwiona dziewczyna wstała i podeszła do chłopaka, marszcząc brwi.
- Nie rób tego, Jer, obiecałeś! - krzyknęła wzburzona mulatka.
Wzrok dalej miał skierowany w swoją siostrę, nie zwracając uwagi na koleżankę, więc ta rzuciła w niego nienawistne spojrzenie, sprawiając delikatny ból, przez którego chłopak zacisnął niewidocznie zęby. Nie mogę ich dłużej oszukiwać, pomyślał, przekonując siebie do powiedzenia im całej prawdy, którą utrzymywał ponad dwa tygodnie.
- Ona się załamie! Znowu wyłączy uczucia, Jer! - Bonnie starała się dotrzeć w jakikolwiek sposób do szatyna.
Przełknął ślinę i otworzył usta, żeby w końcu coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle po słowach ducha.
- Zamierzasz to w końcu z siebie wydusić, czy mam Ci pomóc? - rzucił zirytowany zajściem wampir i wstał, zbliżając się do niego.
Szatynka zatrzymała go spojrzeniem i powróciła wzrokiem na młodszego brata.
- To już nieważne, nie przeszkadzajcie sobie - machnął ręką i odwrócił się do drzwi, żeby wyjść.
- Wszedłeś tutaj tylko po to, aby sobie postać? - brunet nieźle się wściekł.
Nie przepadał za młodym Gilbertem od zawsze i, gdyby nie był bratem jego dziewczyny, z całą pewnością już by nie żył, a przynajmniej nie z językiem. Podbiegł do 17-latka z wampirzą prędkością i przydusił go do ściany.
- Gadaj - wysyczał.
- Damon! - krzyknęła przestraszona i zdziwiona Elena.
Dobrze wiedziała, do czego zdolny jest niebieskooki i znała też jego uczucia względem Jeremiego, które na pewno nie były pozytywne. Odepchnęła go od chłopaka i przytrzymała brata, żeby nie upadł. Spojrzała wściekle na Damona i pomogła bratu ustać.
Bennett przyglądała się temu z irytacją skierowaną do wampira. Siłą woli powstrzymywała się, żeby nie powalić go na kolana. Nie mogła się wydać, nie teraz.
- Okej, okej! - warknął, trzymając się za bolące gardło. - Powiem.
Czarownica na nowo straciła nadzieję na utrzymanie jej tajemnicy przez szatyna. Myślała, że udało jej się go przekonać, ale to wszystko okazało się być na marne. Zacisnęła zęby i dłonie w pięści. O mały włos nie użyła magii.
Damon usatysfakcjonowany uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób i czekał, co ma do powiedzenia.
- Wyjeżdżam na jakiś czas - na te słowa wszyscy mieli inne odczucia.
Bonnie odetchnęła z wielką ulgą, Elena zdziwiła się i zesmutniała jednocześnie, a Salvatore w ogóle się tym nie przejął, tylko trochę go to zirytowało, ale od kiedy Jeremy wparował do tego domu był cały nerwowy. Gilbert sam siebie zdziwił swoim szybkim pomysłem, jednak potem stwierdził, że nie może już tego odkręcić, a to może okazać się całkiem niezłą myślą.
- A szkoła? - spytała wampirzyca, kiedy odzyskała mowę.
Nie wiedziała, czemu akurat o to spytała, jednak to był jedyny temat, który jakoś utrzymywał ją przy normalnym życiu nastolatki.
- Wrócę, Eleno - zapewnił ją. - Chcę po prostu odpocząć. Nie będzie mnie tylko dwa tygodnie, góra miesiąc.
- Chcesz sam wyjechać?
Damon przekręcił oczami na zachowanie szatynki. Chłopak miał już 17 lat! Nie trzeba się już nim zajmować. Według niego powinna z uśmiechem wywalić go za drzwi, on by tak zrobił.
- Zobaczę. Przyjdę później, żeby się pożegnać.
Niebieskooki zamknął za nim drzwi, nie dopuszczając nawet, żeby się pożegnał. Był szczęśliwy, że nareszcie stąd wyszedł i zostawił ich samych.
- Widzisz? Nawet Jeremy chce wyfrunąć z tej dziury.
Doppelgänger pokręcił głową z bezradności na jego radość.
- Więc i my to zróbmy. - uśmiechnęła się, mając w głowie calutki plan.

***

Hej, witam się z wami po raz pierwszy na blogspocie. Przyznaję, jestem w tym totalnie zielona, czy coś, ale mam nadzieję, że kiedyś to wszystko ogarnę. :)

Tak, czy inaczej... opowiadanie zaczęłam pisać pod koniec lipca 2013 roku, ale dopiero teraz "odważyłam się" wstawić to na bloga, bo wcześnie po prostu chciałam pisać dla siebie. No i tak jakoś wyszło. xD Chyba obiecałam sobie, że jak napiszę 30. rozdział, to zrobię bloga. TADAM. xD 

Jeśli ktokolwiek zostawi komentarz pod tym postem, to będę to kontynuować. Jeśli nie, to życie. Hahaha. :D Spróbować zawsze można. :D
love, love, love,
artisticsmile. <3