sobota, 12 lipca 2014

30. | Gdyby tylko starczyło Ci odwagi.

~ 30 ~
Gdyby tylko starczyło Ci odwagi.


Vanjah patrzyła na to wszystko z oddali, nie wiedząc co ma teraz zrobić. Wiedziała co oznacza zabicie jednego z Pierwotnych, a do tego nie chciała dopuścić. W trzech postaciach rozpoznała Elizabeth i Kola, który chyba nigdy nie zejdzie jej z drogi, jednak nie miała teraz innego wyjścia, jak go po prostu uratować.
Silas uniósł kołek, a Liz odwróciła wzrok, nie chcąc na to patrzeć. Przecież mogła coś zrobić! Wyrwać mu kołek z rąk, potraktować magią albo uwolnić Kola. Cokolwiek! Ale ona nie zrobiła nic.
Van podjęła decyzję i biegiem puściła się do Silasa, skręcając mu kark, nim ktokolwiek zdążył zareagować. Blondyn upadł na ziemię bezwładnie i puścił kołek. Wszyscy patrzyli na nią, jakby zobaczyli ducha, a ona uśmiechnęła się ironicznie.
- Jeśli ktokolwiek ma Cię zabić, to będę to JA – zwróciła się do Pierwotnego, przerywając niezręczną ciszę.
- Co Ty do cholery tutaj robisz? – zapytał Kol.
- Och, nie musisz mi dziękować, przecież uratowanie Tobie tyłka to nic wielkiego – prychnęła i chwyciła kołek.
Elizabeth patrzyła na swoją krewniaczkę z niedowierzaniem. Musiała z nią w końcu porozmawiać. Czy tego chciała czy nie. Chociaż nie miały za wiele wspólnych tematów, to rozmowa raczej przydałaby się im. Może nawet Vanjah pomogłaby w odnalezieniu tej Daviny, o której mówił Silas. Może…



Blondyn podążał za Pierwotnym, który niósł Caroline nie wiadomo dokąd. Bonnie szła niepewnie za nimi, nie mając pojęcia co o tym myśleć. W jednej chwili Klaus gotowy jest ją wręcz zabić, a w drugiej… troszczy się o nią? Nie wiedziała, jaki będzie jego kolejny ruch i chyba nawet bała się o tym dowiedzieć.
Okazało się, że szli do jakichś podziemi, gdzie oczywiście musiał znaleźć się loch. W stylu Klausa.
- Zamierzasz ją torturować? – spytał Stefan i uniósł brwi. – Żartujesz sobie, prawda?
- Masz lepszy pomysł? – rzucił Niklaus i zaczął przymocowywać Caroline do krzesła.
- Dobrze wiesz, że znienawidzi Cię, kiedy tylko włączysz z powrotem jej uczucia – stwierdził spokojnie Salvatore, mając cichą nadzieję, że jednak zmieni zdanie.
- Dlaczego nie zahipnotyzujesz jej, jak zrobiłeś to ze Stefanem? – spytała oburzona Bonnie, stając przy Forbes. – Nie pozwolę Tobie, abyś zrobił jej krzywdę – dodała, patrząc na niego ostro.
Mikaelson zaśmiał się ironicznie na ich słowa. Naprawdę sądzili, że to go przekona do zmiany decyzji. Chociaż pomysł brunetki był akurat przemyślany i na pewno zamierzał go wykorzystać. A może robił to ze względu na zemstę?
- Spróbuj mnie – Pierwotny uśmiechnął się cwanie.
Bonnie odwróciła wzrok, na co Stefan posłał jej zdziwione spojrzenie. Był pewien, że właśnie teraz mulatka użyje magii, ale chyba nawet nie kwapiła się, aby to zrobić.
- Albo nie możesz – odkrył i uśmiechnął się sarkastycznie. – Więc nie tylko umarłaś, ale także straciłaś swoje moce – powiedział – jesteś teraz zupełnie zbędna, dlaczego miałbym Cię nie zabić? – udał, że się zastanawia.
- Nie dotkniesz jej – rzucił poważnie Stefan – i na pewno nie dotkniesz Caroline – dodał, patrząc prosto w oczy Hybrydzie.
- Wielki bohater-Stefan – mruknął i roześmiał się. – Nie masz ze mną szans, przyjacielu. To sprawa pomiędzy mną a naszą kochaną Caroline – wskazał ręką na nieprzytomną blondynkę.
- To nasza przyjaciółka! – zawołał zdenerwowany Salvatore. – Więc ta sprawa włącza także nas!
Klaus wywrócił oczami, zauważając ich upartość. Wiedział, że oni będą tylko przeszkadzać. Wiedźma bez mocy, wampir z urazem psychicznym… naprawdę?



Marcel zaprowadził dziewczynę do jej nowego pokoju, w którym będzie tymczasowo mieszkała. Katherine rozejrzała się po białych ścianach i wszystkich meblach, jakie się tutaj znajdowały. Nie było tak źle. Spodziewała się, że gorzej ją potraktuje. W dodatku Marcel zaskoczył ją, kiedy ostrzegł swoich… podwładnych, że zapłaci, jeśli ją chociażby dotknie. Pierce pokiwała głową z uznaniem, oceniając całe pomieszczenie i spojrzała na Gerarda.
- Czekasz na coś? – zapytała trochę za bardzo ostro, jednak Marcel uśmiechnął się wcale niezrażony.
- Miałem zamiar spytać, co najbardziej lubisz – odparł swobodnie.
Prychnęła, krzyżując ręce pod klatką piersiową.
- Mogę zrobić to sama. Nie potrzebuję Twojej pomocy. To, że jestem człowiekiem, nie oznacza od razu, że jestem kaleką – fuknęła na niego.
- Jak wolisz – wzruszył ramionami i ominął szatynkę, która zmrużyła lekko oczy.
Katherine zajęło dosłownie sekundę obmyślenie wszystkiego, po czym odwróciła się do niego i złapała za nadgarstek.
- Czekaj – rzuciła i wywróciła oczami, zauważając głupi uśmieszek na twarzy murzyna. – W sumie możesz kupić mi parę paczek krakersów i coś do picia – dodała jakby od niechcenia.
Cisza, jaka nastała w tym pokoju była dość dziwna, szczególnie dlatego, że Pierce już powiedziała to, co wampir chciał usłyszeć, a jednak ten wciąż tutaj był. Po co? W dodatku uśmiechał się szeroko, jak gdyby nigdy nic. Czego on tak właściwie ode mnie chce?, pomyślała Kath i uniosła jedna brew.
- Nie ucieknę, nie bój się o to – mruknęła sarkastycznie.
- Od Elijahy uciekłaś – powiedział, co było jego najgorszym błędem dzisiejszego dnia. 
Petrova spojrzała na niego ostro, najwidoczniej próbując zabić go wzrokiem. Spośród tylu tematów On wybrał akurat ten. Skąd On niby mógł wiedzieć, że Katherine uciekła od Elijahy? I czemu, do cholery, wtrącał się w nieswoje sprawy?!
- Naprawdę chcesz teraz rozmawiać o Elijah? – spytała szatynka, zmniejszając stopniowo odległość między nimi.
- Wierz mi, nie chcę – odparł, przypatrując się Katerinie, która była coraz bliżej niego.
- Dobrze – wyszeptała i zerknęła na jego usta.
Po chwili ich wargi złączyły się, tworząc jedność. Mężczyzna zanurzył rękę w włosach Katherine i razem z nią przeszedł do łóżka, cały czas obdarzając ją namiętnymi pocałunkami. Położyli się na materacu ani na chwilę nie odrywając od siebie, jakby to było właśnie to, czego potrzebowali na tę chwilę. Petrova jęknęła cicho, kiedy Marcel zjechał z ustami niżej, całując jej szyję, a potem rękę. Dziewczyna wręcz zachęcała go do tego, aby nareszcie ją ugryzł, a on nawet nie protestował. Może to była sama krew albo namiętność, która zrodziła się między nimi. Wgryzł się w jej nadgarstek, upijając trochę życiodajnego płynu, jednak po sekundzie odskoczył od niej krztusząc się. Katherine szybko podeszła do niego i złapała za policzek niby z czułością.
- Zapomniałam wspomnieć – powiedziała udając przejętą – biorę werbenę – wysyczała i z całych sił złamała mu kark.
Pierce wytarła usta, patrząc z pogardą na Gerarda i wyszła z pokoju z gracją, rozglądając się na boki z leciutkim uśmiechem. No, Katherine, wracasz do gry, pomyślała i poruszyła brwiami.



Vanjah jako jedyna nie wiedziała chyba, co tak naprawdę zrobiła. Jednak ją to nie obchodziło. Przynajmniej żyje. Dosłownie wszyscy, oczywiście Ci, którzy byli przytomni, patrzyli na nią jakby była jakąś boginią, czy czymś takim.
- No co? – spytała po dłużącej się ciszy.
- Właśnie zabiłaś Silasa – rzucił Kol, jakby to coś miało dla niej znaczyć – największego czarownika na całej kuli ziemskiej. No, teraz już nie.
Blondynka uśmiechnęła się zuchwale i założyła ręce na biodra.
- I wciąż mam kołek, który może Cię zabić – wspomniała i uniosła drewno na wysokość ich twarzy.
- I także Ciebie, dlatego tego nie zrobisz – wtrącił, uśmiechając się teraz szerzej od niej. – Wiesz, co? Miałem ochotę Tobie podziękować, ale tylko przez sekundę, potem zrozumiałem, jak głupie by to było – mruknął ironicznie, na co Van nic nie odpowiedziała, tylko warknęła cicho. – Już możesz mnie puścić – zwrócił się do Elizabeth, która stała dalej patrząc na wampirzycę.
- Żebyś nas zabił? Nie jestem głupia – prychnęła oburzona i odwróciła wzrok na blondynkę. – Musimy porozmawiać – rzuciła z miną nie znoszącą sprzeciwu i pociągnęła Vanjah za ramię, nim ta zaprzeczyła.
- O czym chcesz ze mną rozmawiać? – warknęła chamsko wampirzyca.
- Chcę prawdy – powiedziała i przełknęła ślinę, a Van wywróciła oczami. – Czy Haylieneh była Twoją córką? – spytała trochę ściszonym głosem i wbiła spojrzenie w blondynkę przed nią.
Wampirzyca uniosła wzrok w górę i westchnęła. A ta znowu drąży ten głupi temat, który Vanjah naprawdę chciała ominąć.
- Tak była! – krzyknęła zdenerwowana niebieskooka. – Oczekujesz ode mnie rodzinnego przytulaska? – żachnęła się.
- Obejdzie się bez tego – odpowiedziała spokojnie Elizabeth. – W Nowym Orleanie możliwe, że jest moja siostra…
- I co mnie to obchodzi? – przerwała jej agresywnie.
- Myślę, że jednak coś Cię to obchodzi – Liz pokiwała głową i uniosła delikatnie kąciki ust. – Rodzina dla Ciebie wiele znaczyła, to wampiryzm Cię od niej oderwał. Jestem Twoją prawnuczką, nie możesz przejść na to obojętnie – czarownica mówiła dalej, próbując dotrzeć do Vanjah, która najwidoczniej zaczęła coś rozumieć.
Van dobrze wiedziała, że Elizabeth miała rację, jednak mimo wszystko nie chciała się z nią zgadzać. Jej duma strasznie z nią walczyła w tamtym momencie. W końcu przez wiek żyła bez nikogo. Ale teraz było inaczej. Teraz jej rodzina, a przynajmniej jej resztki odnalazły się i dlaczego w sumie Van miałaby pozostać sama, skoro miała kogoś takiego, jak Elizabeth?



Niebieskooka obudziła się i poruszyła karkiem, aż coś jej strzyknęło w kościach. Dopiero po czasie zrozumiała, że coś jest nie tak.
- Co do cholery?! – blondynka szarpnęła linami, które wbiły jej się bardziej w skórę przez co syknęła, jednak po chwili roześmiała się sarkastycznie. – Tortury? Serio?! – krzyknęła Caroline i spojrzała na trzy osoby, stojące naprzeciwko niej.
Niklaus uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób, nie odpowiadając na zadane przez Forbes pytanie. Zresztą sama musiała się domyślić. On stał bardziej z przodu, dzięki czemu miała na niego najlepszy widok. Widziała też Stefana i Bonnie. Więc są wszyscy. Wspaniale.
- Wiemy, że tak będzie najlepiej, kochana – powiedział Klaus i podszedł bliżej blondynki.
Westchnęła i wywróciła oczami. Okej, załatwmy to prosto i szybko, pomyślała Care.
- Najpierw zacznij od tego, co Bonnie Tobie zaproponowała – odezwał się Salvatore, a Forbes usłyszała w jego głosie nutkę zdenerwowania.
Bał się o nią. Nie wiedział czy bardziej o to, jaka jest teraz, czy o to, że zaraz jego najlepsza przyjaciółka zostanie poddana torturom. Chyba, że akurat nie wzięła werbeny.
Pierwotny podszedł bliżej wampirzycy i spojrzał prosto w jej oczy, zmuszając do spojrzenia na niego.
- Włącz to – powiedział, hipnotyzując ją.
Nawet nie spodziewał się, że to podziała, ale nagle wzrok blondynki zmizerniał i oczy zaszły mgłą. Rozejrzała się wokół, oddychając głęboko i nareszcie zatrzymując wzrok na zdziwionym Klausie. W pewnej chwili zaczęła się szarpać z linami, a jej spojrzenie było chaotyczne i ostre. Pałało w niej tyle emocji, że nikt nie potrafił w to uwierzyć, że tak łatwo poszło.
- Nienawidzę Cię! Zejdź z moich oczu! – krzyczała Forbes, a z jej oczu popłynęły słone łzy.
Mikaelson zmrużył powieki, kiedy usłyszał te słowa z ust tak bliskiej mu osoby. Słyszał to już wcześniej, przecież wiedział że tak będzie, kiedy przywróci człowieczeństwo Caroline, a mimo to chciał ją z powrotem.
- Słyszysz mnie? Nie chcę na Ciebie patrzeć! – darła się i kręciła na wszystkie strony, jakby to miało pomóc jej w uśmierzeniu bólu. – Zabiję Cię! Będziesz cierpiał, jak moja matka!



Vanjah odwróciła wzrok od dziewczyny i przewróciła oczami. Rodzina nie znaczyła dla niej tak wiele, skoro ją opuściła, prawda? Naprawdę myślała, że oderwała się od starej rodziny, kiedy została wampirem, ale najwidoczniej Ona nie chciała opuścić jej.
- Niech będzie – mruknęła, na co Liz rozpromieniła się wesoło. – Nie myśl sobie, że nagle zmienię co do Ciebie zdanie. Dalej Cię nie lubię – dodała i odeszła od niej w stronę vana, w którym siedział Jeremy, chcący wyjść.
Elizabeth rzuciła na nich wszystkich zaklęcia, żeby nikt nie miał prawa przeszkodzić, ale teraz to było chyba zbędne, prawda?
- Jadę z wami! – zawołał Kol.
- Żartujesz? – warknęła Vanjah, odwracając się w jego stronę i podchodząc bliżej niego.
Liz za to zajęła się młodszym Gilbertem, z którym bardzo chciała porozmawiać. Zresztą musiała to zrobić.
- Nie – odparł lakonicznie Mikaelson. – Tak się pięknie składa, że w Nowym Orleanie przebywa moja rodzina i wypadałoby w końcu ich odwiedzić – uśmiechnął się groteskowo, jednak wampirzyca nie odpowiadała. – Wszyscy jedziemy w tym samym celu – dorzucił, a Van z powrotem skierowała się do samochodu, ignorując Pierwotnego.
Kol był na skraju cierpliwości i na pewno nie będzie znosił ich humorków. Chciał wreszcie się wyjść z tej głupiej zasadzki i, jeśli Elizabeth nie uwolni go w ciągu kolejnych dziesięciu minut, nie będzie już taki milusi.
Wiedźma wypuściła Jeremiego, który wyleciał stamtąd szybciej niż się spodziewała. Pierwsze co zrobił, to podbiegł do Eleny i poklepał ją po twarzy, jakby to miało pomóc w obudzeniu jej.
- Obudzi się trochę później niż zazwyczaj – powiedziała Liz i poszła za Jerem.
- Co Ty jej zrobiłaś? – naskoczył na nią.
- Powiedziałam Ci, że się obudzi – odparła zdenerwowana Carter.
- Chciałaś to zrobić, Liz! Chciałaś zabić moją siostrę!
- Nie ją, tylko wszystkie wampiry! – krzyknęła. – Wiesz co? To nie ma sensu – machnęła ręką i spuściła wzrok, biorąc głęboki wdech. – Jadę do Nowego Orleanu – oznajmiła i uniosła głowę, dodając sobie pewności siebie.
- Po tym wszystkim chcesz po prostu wyjechać? – zapytał już trochę uspokojony.
- Może nigdy nie powinniśmy się spotkać – mruknęła hardo, a w oczach zebrały jej się łzy. – Ty masz swoje życie, ja mam swoje – mówiła dalej, pomimo że głos powoli jej się łamał.
- O czym Ty mówisz, Liz? – spytał, marszcząc brwi. – Nie…
- Zajmij się Eleną – przerwała mu i odeszła do vana, zatrzymując Jeremiego zaklęciem, żeby za nią nie pobiegł.
- No, świetnie, a ja? – zawołał Mikaelson, który o dziwo mógł się ruszyć. – O.
- Elizabeth! – wołał Jeremy. – Cholera, Liz! – wrzeszczał, próbując przebić się przez niewidzialną zasłonę wokół niego i patrząc jak we trójkę wsiadają do czarnego auta.
Carter posłała mu ostatnie spojrzenie nim Vanjah ruszyła z piskiem opon. Po tym Liz zdjęła zaklęcie z każdego po kolei, dzięki czemu Jer wybiegł za nimi, jednak nie zdołał ich dogonić. W tym samym czasie obudził się Damon, a zaraz po nim Elena.



- Caroline – wyszeptał w końcu Klaus, odzyskując zdrowy rozum i złapał drobną twarz dziewczyny w dłonie, która spojrzała na niego, a jej wzrok z jedną sekundą zmienił się w ironiczny.
- Caroline, Caroline, Caroline – powtórzyła blondynka i zaśmiała się sarkastycznie, patrząc w jego zszokowane oczy. – Mam sekretne miejsce, gdzie trzymam werbenę. Chcesz je poszukać? – uśmiechnęła się uwodzicielsko i zjechała wzrokiem na malinowe usta Hybrydy. – Zawsze byłeś taki seksowny? Czy po prostu nie zwracałam na to uwagi? – uniosła brwi i oblizała seksownie wargi.
Klaus przybrał kamienną twarz i odszedł od blondynki bez słowa. Jak on mógł być taki głupi, żeby nabrać się na to?! Naprawdę myślał, że Caroline włączyła uczucia i nie będzie musiał jej torturować, jednak prawda była inna. Bez słowa wyszedł z celi, w której trzymana była Forbes i udał się na górę. Był wściekły i smutny jednocześnie. Ale tego drugiego uczucia nie chciał dopuścić. A gdyby tak sam wyłączył uczucia, jak kiedyś i cieszył się chwilami z piękną wampirzycą? No właśnie, dlaczego tak bardzo nie chciał tego zrobić?
Caroline została sam na sam z Stefanem i Bonnie, którzy chyba nie bardzo chcieli z nią zadzierać. Mimo wszystko byli zawiedzeni widokiem ich przyjaciółki w takim stanie. Salvatore z całych sił starał się dla Care, żeby nie musiała się nim przejmować, a Forbes poddała się ot tak. Na pewno dałaby sobie radę ze śmiercią matki, więc co jeszcze stało się, że blondynka jednak wyłączyła uczucia?
- Jestem głodna, przyniesiecie mi coś do jedzenia? – spytała, jak gdyby nigdy nic i posłała im spojrzenie które przerażało. – Najlepiej coś świeżego – dodała z uśmiechem.
Bennett pokręciła głową i zjechała Caroline spojrzeniem.
- No co? Nie macie mi nic do powiedzenia? – zmarszczyła brwi, udając strasznie zdziwioną. – Przedtem byliście bardziej skorzy do rozmowy – wzruszyła ramionami i westchnęła, po czym zaczęła gwizdać jakąś melodię pod nosem.
Dopiero po chwili Stefan i Bonnie zrozumieli, że ta „melodia” pochodzi z jakiegoś horroru.








Elijah stał w uścisku ze swoją siostrą przez kilka minut, do czasu kiedy postanowił się od niej odkleić. Zamierzał zmienić zdanie Rebeki, ale jak miało mu się to udać, skoro blondynka mówiła całą prawdę, tyle że on nie chciał w to wierzyć.
- Nie nazywaj jej tak, Rebekah – powiedział i poprawił swoją marynarkę.
- Nie wierzę, że wciąż ją bronisz mimo wszystkiego co Ci zrobiła. Przejrzyj to w końcu na oczy, bracie, zanim będzie za późno – wyrzuciła z siebie i odeszła w kierunku schodów.
- Skoro tak, Rebeko – rzucił za nią, czym ją zatrzymał – dlaczego nadal walczysz o Stefana? – zapytał i odwrócił się do niej.
Blondynka zmrużyła delikatnie oczy, dokładnie wiedząc do czego zmierza jej brat. Chciała mu jakoś odpyskować, jednak nie miała pojęcia co.
- Widzisz, siostro – zaczął po dłuższym milczeniu niebieskookiej – masz nadzieję, że powróci dawny Stefan, w którym się zakochałaś. A ja mam nadzieję na powrót starej Kateriny – dodał niezwykle swobodnie, jakby pracował nad tymi słowami miesiącami.
- Dobra, nieważne – machnęła ręką, najwidoczniej chcąc zakończyć ten temat jak najszybciej.
Znikąd pojawił się Klaus, który zmierzał do kuchni w celu najedzenia się czegokolwiek. Nie wyglądał na ucieszonego, wręcz przeciwnie – gdyby ktoś do niego podszedł zapewne wybuchłby złością i nie wiadomo jak to by się skończyło.
- Teraz zamierzasz torturować tą biedną dziewczynę? – zapytał Elijah i poszedł za Hybrydą.
Niklaus nic mu nie odpowiedział, jedynie trzasnął drzwiczkami od lodówki, chcąc pokazać, że lepiej z nim nie zaczynać. Nie miał humoru do kazań Elijahy. Poza tym co go to obchodziło, czy będzie torturować Caroline, czy pójdzie z nią w stronę zachodu słońca pozostawiając po sobie mnóstwo krwawych ofiar?
- Jeszcze niedawno sam pastwiłbyś się nad nią, gdyby tylko starczyło Ci odwagi – rzuciła Rebekah.
Najstarszy Pierwotny spojrzał na blondynkę z lekkim oburzeniem malującym się mu na twarzy. Więc nagle wszyscy są przeciwko Caroline, która tak naprawdę w jakimś stopniu zmieniła Klausa.
- O ile sobie przypominam – zaczął Klaus, odkładając pusty woreczek po krwi na stół i zwracając na siebie uwagę – to właśnie Ty, bracie, powiedziałeś mi, że mam jej pomóc – uśmiechnął się sztucznie i poklepał Elijahę po ramieniu, po czym odszedł.
- Pomóc, a nie zabić – rzekł.
Niklaus zatrzymał się na chwilę, jakby chciał coś dopowiedzieć, ale tego nie zrobił i schował się na piętrze, tam gdzie nikt go nie dopadnie. Miał taką nadzieję.



Elena rozejrzała się zdezorientowana i poderwała na równe nogi, podchodząc do Jeremiego. Zorientowała się, że nikogo oprócz nich tutaj nie ma. Damon już stał i narzekał na bóle w karku.
- Co się tutaj do cholery stało? – zapytał Salvatore nieźle wkurzony. – Czy oni naprawdę nie mogą odpuścić sobie łamania mi karku?
- Silas miał plan – powiedział Jeremy, patrząc w miejsce, gdzie zniknął samochód razem z Liz.
- To wiemy, możesz powiedzieć coś więcej? – warknął Damon i podszedł do nich.
Elena nie odezwała się ani słowem, bo sama chciała dowiedzieć się o co chodziło. Dlaczego Jeremy był w to wmieszany i kim była ta blondynka, która złamała im karki? Wszystko stało pod jednym wielkim znakiem zapytania. Tak samo, jak Kol, Vanjah, która uciekła w siną dal razem z właśnie tamtą blondynką i Pierwotnym.
Młodszy Gilbert przeniósł wzrok na nich i westchnął. Miał bardzo dużo do opowiedzenia. Zaczynając na wyjeździe do Las Vegas, a skończywszy na tym całym zajściu.
- Chciał zniszczyć drugą stronę, ale do tego potrzebował jednego z Pierwotnych, aby ich wszystkich połączyć i czarownice z rodu Carter – wyjaśnił szatyn.
- Co Ty robiłeś w Las Vegas, Jeremy? – zapytała zdenerwowana na brata Elena.
- To dłuższa historia – mruknął zdawkowo.
- Opowiesz nam w drodze – rzucił Damon i uśmiechnął się sarkastycznie.
- Lepiej pomyślmy, co zrobić z ciałem Silasa – zauważył mądrze Jer i wskazał brodą na martwego czarownika.
Uwaga wszystkich skierowała się na Silasa. Podeszli do umarłego i dopiero teraz mogli przyjrzeć się jego uderzającego podobieństwa do młodszego z Salvatorów.
- Wygląda zupełnie jak Stefan – wyszeptała wampirzyca.
- Tak jak Ty i Katherine – wtrącił Jeremy.
Damon prychnął opryskliwie i wywrócił oczami, lekko kopiąc zwłoki. Nie mógł uwierzyć, że na świecie był jeszcze kolejny sobowtór. Kto wie, może i Damon będzie miał swojego? O nie, tego by nie zniósł.
- Nieważne, zakopmy go, nim się obudzi – mruknął ironicznie Salvatore, biorąc się do roboty.
- Porozmawiamy o tym później, Jer – powiedziała ostrzegawczo Elena i pomogła Damonowi.
No to szykuje się długie kazanie.



Katherine wyszła cało ze starcia z „domem Marcela”. Właściwie nie było tak trudno. Nikt nie miał pojęcia, co stało się w pokoju Gerarda i nikt nawet o to nie pytał. Nie mieli jej dotykać i tyle, reszta ich nie obchodziła. Dla Kath to i lepiej. Nie chciała mieć do czynienia z tyloma wampirami. Wolała dożyć chociaż trzydziestki. Podobno potem skóra strasznie się marszczy. Szatynka wzdrygnęła się na samą myśl i wyciągnęła telefon Marcela, który mu ukradła, ale to będzie jego najmniejszym problemem, kiedy się obudzi. Przejrzała listę kontaktów, jednak nie znalazła tam numeru, którego potrzebowała najbardziej. Był tylko Klaus. Ale nie zadzwoni do Hybrydy, bo ten nawet jej nie wysłucha. Ugh! Nieważne. Wybrała numer do Niklausa i czekała, aż ktoś odbierze z coraz to płytszym oddechem. Cholernie bała się rozmowy z najstarszym Pierwotnym, ale wiedziała, że musi ją odbyć. Skończyć to, co zaczęła.
- Marcel – usłyszała szorstki głos blondyna.
- Zła odpowiedź – mruknęła sarkastycznie Pierce.
- Więc tam się podziewasz. Nawet korzystacie ze swoich telefonów? – zapytał ironicznie Klaus.
- Nie mam na to czasu – powiedziała ostro i wzięła głęboki wdech – Podaj mi Elijahę – rzuciła z drżeniem w głosie, którego w ogóle się nie spodziewała.
- Latasz z kwiatka na kwiatek, Katherine, wątpię żeby Elijah miał ochotę na rozmowę z Tobą – mówił z aroganckim uśmiechem.
- Mówię poważnie, Klaus! – warknęła.
Przez chwilę słyszała jedynie szum.
- Katerina – głos po drugiej stronie sprawił, że nogi Petrovej zrobiły się niemalże jak z waty.
Nie, nie mogła dać się omotać. Musiała być twarda. Przynajmniej teraz.
- Spotkajmy się – powiedziała rzeczowo.
- Co? – zdziwił się Pierwotny. – Masz kłopoty?
Kath spojrzała w górę.
- Na dachu Bourbon Street 63 – odparła, ignorując Elijahę.
- Dlacz… - zaczął, ale jedyne co usłyszał to sygnał oznaczający, że dziewczyna już się rozłączyła.
Mikaelson spojrzał na komórkę raz jeszcze, zastanawiając się, czy to prawda, że właśnie zadzwoniła do niego Katerina. Czyżby miała problemy? Może to przez Marcela? Po chwili po Elijahy nie było śladu, jedynie leżący na podłodze telefon, który upuścił, wybiegając.



Tyler siedział w jednym z wielu samochodów, którymi jechali do Nowego Orleanu. Obok niego siedział blondyn nastawiony do walki na śmierć i życie. Mimo tego, że mieli marne szanse, to On dalej wierzył w ich zwycięstwo. Przecież musieli zwyciężyć. Klaus pozabijał ich rodziny, sprawił, że ich bracia i siostry umarli. Nie miał prawa normalnie żyć.
Lockwood za to pogrążony był w myślach o Hayley i niestety wciąż go dręczyły wyobrażenia o nocach jakie Marshall przeżyła pod jednym dachem z Niklausem. Co jeśli to jest to, co przed nim ukrywała? Dlaczego więc spotykała się przez ten czas z nim, zamiast zostać z Klausem i przestać go zwodzić za nos? Tyler mimowolnie zacisnął szczękę i pięści, po czym wypuścił głośno powietrze. Już nie mógł doczekać się aż stanie z Hybrydą twarzą w twarz i go pogrąży. To byłby jego najpiękniejszy dzień w dotychczasowym życiu.
- Nie możemy go zabić – rzucił nagle Tyler, na co ktoś z tyłu jęknął niezadowolony.
- Dlaczego nie? – spytał ktoś inny.
- Najpierw go unieruchommy – odezwał się blondyn siedzący obok Lockwooda z poważną miną – musi cierpieć, tak samo jak cierpieliśmy MY – dodał Mark.
- Jeśli my tego nie zrobimy pozwolimy naszym pobratymcom umrzeć przez niego – wtrącił brunet – i nie możemy do tego dopuścić. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Po tych słowach atmosfera w aucie wzrosła o jakieś 30 stopni Celsjusza. Każdy był gotowy na walkę o śmierć i życie. Wiedzieli, jak to może się skończyć, ale mimo tego jechali tam, wręcz przekonani o ich zwycięstwie. Klaus miał siłę, ale był sam. Oni mieli siebie. Połączyła ich nienawiść do tego jednego Pierwotnego.
- Dokładnie. Przez niego umarła moja dziewczyna, która była w ciąży – wysyczał Corbel uparci patrząc na drogę przed sobą.
- Klaus zabrał moje dwie dziewczyny, zabił matkę, pozbawił dawnego życia i przez jego chore zamysły musiałem chować się po kątach, bo chciał zabić mnie – mruknął Tyler.
- Musi być żywy, żeby patrzył, jak WSZYSTKO, co jest dla niego ważne znika – dodał Mark, tym samym kończąc ich wspólną przemowę.
Lockwood, kiedy usłyszał to, co powiedział jego kolega od razu pomyślał o Caroline, która w rzeczy samej także była ważna dla Klausa. Nie wiedział, czy dałby radę ją zabić. Tyler zmrużył oczy i nieumyślnie przyspieszył, myśląc o Hay. Co jeśli Marshall także znaczyła coś dla Pierwotnego? Czy byłby w stanie uśmiercić dwie całkiem bliskie mu osoby na rzecz zemsty?



Katherine weszła na dach budynku przez drabinkę, o którą walnęła się chyba z dwadzieścia razy, ale doszła. Stała właśnie na dachu, gdzie miała spotkać się z najstarszym Pierwotnym. W dłoniach trzymała komórkę Marcela, obracając ją na wszystkie strony, żeby tylko zająć jakoś czas oczekiwania. W głowie miała tyle słów, jakie chciała powiedzieć Elijahy, ale z każdą minutą stawały się coraz bezsensowniejsze. Nagle stanęła i wzięła głęboki wdech. Nie. Powie mu to, co myśli, nieważne jak głupio może to zabrzmieć. Położyła telefon na skraju budynku i mimowolnie spojrzała w dół, zatrzymując na chwilę oddech. Myślała, że jest niżej. Przymknęła oczy i odwróciła się za siebie, kiedy poczuła wiatr. Mikaelson stał naprzeciwko niej, patrząc na Pierce ze zmartwieniem i czułością.
- Dlaczego wybrałaś takie nietypowe miejsce na rozmowę? Mogliśmy porozmawiać w moim domu – odezwał się jako pierwszy, nie ruszając się ani odrobinę z miejsca gdzie aktualnie stał.
- Wątpię, szczególnie dlatego, że na dole nie jestem zbyt bezpieczna – odparła chłodno i dygnęła ramionami.
- Co się dzieje, Katerino? – zapytał poważnie i podszedł do niej, ale tak, że między nimi nadal był co najmniej metr odstępu.
- Nieważne – mruknęła – przyszłam w innej sprawie.
Elijah zmierzył dziewczynę podejrzliwym wzrokiem i zatrzymał się na jej twarzy. Widział masę uczuć w jej oczach. To, że najprawdopodobniej nie wie, co teraz powiedzieć albo jej zmieszanie, smutek, to, jak próbowała walczyć sama ze sobą, żeby przybrać maskę. Kiwnął lekko ręką, pozwalając jej kontynuować.
- Przyszłam po Ciebie, Elijah – powiedziała, zbierając odwagę na spojrzenie mu w oczy. – Chcę wiedzieć, czy Twoja oferta jest nadal aktualna – dodała.
- Chcesz, żebym zmienił Cię w wampira – zgadnął, a Katherine zmarszczyła lekko brwi, czując się z deka zakłopotaną.
Pierwotny pokręcił głową, nie mógł tego zrobić. Nie widziało mu się zabijanie Petrovej i patrząc, jak znowu zamienia się w krwiożerczego potwora. Jak jego nadzieja powoli gaśnie z każdą jej ofiarą. Nie potrafił.
- Przykro mi, Katerino – powiedział w końcu.
Pierce pokiwała głową ze złością i niby zrozumieniem. Nie chciał jej. Tak właśnie to rozumiała. Z powrotem spojrzała na niego, a w jej oczach zalśniły łzy. Pierwszy raz pokazała przed nim swoją słabość, a był nim On.
- Żegnaj, Elijah – rzekła, na co Mikaelson zmarszczył brwi, nie wiedząc o co chodzi szatynce, jednak Kath już leciała w dół budynku.
Katherine przez chwilę czuła silny wiatr otulający jej ciało. Elijah szybko skoczył za dziewczyną, ale Petrova leżała na twardym betonie. Martwa. Wampir podbiegł do Kateriny zszokowany tym, co widzi. Nie mogła umrzeć!
- Cholera – warknął, wmawiając sobie, że to była jego wina, bo w sumie była. – Katerina, obudź się. To jakiś głupi żart – powiedział ciszej i złapał twarz dziewczyny w ręce. – Nie możesz umrzeć! – krzyknął, a jego oczy przysłoniła szklana zasłonka.

Wziął Pierce na ręce i przytulił ją delikatnie do siebie. W jednej sekundzie znalazł się w domu, gdzie położył Katherine na łóżku u siebie w pokoju. Odsłonił włosy z jej twarzy i chwycił ją za dłoń, siadając obok szatynki. Jaki on musiał być głupi, żeby jej nie przypilnować! Nigdy nie powinien dać jej odejść. NIGDY. Teraz było na to niestety za późno. 


***
JENY! Tak bardzo przepraszam! Znowu się spóźniłam. Co prawda nie aż tak dużo, ale i tak przepraszam. O rany, ale mi coś zamula. :/ No nic. Witam was w tą cudowną noc. Pinkny księżyc za oknem mi świeci, ale ciepło mi w twarz, tralalala. Ostatnie moje dni są strasznie dziwne. Na początku wstaję i od razu idę do kuchni robić obiad i myć naczynia. Skandal! Dobrze, że mama jutro wraca xD Ale wakacje sobie fajnie idą, codziennie gdzieś, codziennie coś, ogólnie jest super. :D Jeszcze jest za darmo! przejazd pociągiem do Torunia. <3 Miasto jak miasto, ale w końcu coś innego od Bydzi. xD 
Aaa! Dzięki za komentarze, kochani! <3 Jesteście tacy słodcy i w ogóle, że mam ochotę was przytulić! :D Tyle radości mi dajecie, tyle szczęścia, tyle uśmiechów na mojej brzydkiej mordzie, że aż się wzruszyłam hahah :( DZIĘKI WAAAAM! ROZSYŁAM CAŁUSY DLA WAS, DZIKUSY! <3 :D
BTW. Polecam lody z biedry "Diuna mini" o smaku wiśniowo-brzoskwiniowym. Gdybym była vlogerką, to na pewno wzięłabym to jako "ulubieniec lata", ale że ją nie jestem, to piszę tutaj. :D Tylko 1,99, a kurde lepsze niż inne, NAWET W WAFELKACH! :D
TAK, to najdłuższy rozdział EVER. Ma prawie 14 stron. Czaicie? Ja nie. xD Jak to wkleiłam w nowy plik, to stwierdziłam, że jest za długi, ale zmieściłam w nim wszystko co chciałam. Chyba nawet mogę powiedzieć, że jestem z niego zadowolona, jak z mojego (hm) wczorajszego obiadu. xD 
Taki mały spoiler. Następny rozdział będzie takim jakby spin-offem. Ale zobaczycie sami, o co chodzi. :D PS. Kolejny jest nudny. SERIO. Hahah. :D Ale są retrospekcje! Dobra, pewnie tylko ja je uwielbiam. XD 
Aha! Nie krzyczcie na Liz! :( Ona jest wrażliwa. xD Nie no, macie prawo jej nie lubić w sumie. Ale wiecie, ona dla rodziny i dla tych, co kocha wszystko. Nie musicie rozumieć. :p Gadam od rzeczy, hahah. xD 
To nadrobiłam to, że pod poprzednim się nie rozpisałam. :p Już skończę. XD Pozdrawiam, życzę ciepełka, słoneczka, weny i pomysłów, lodów dobrych (pamiętajcie od Diina mini!), super przygód, fajnych odpałów, nowych przyjaciół, więcej znajomości i innych takich na wakacje. <3
love, love, love,
ArtisticSmile. <3

środa, 9 lipca 2014

29. | Nie próbuj tego znowu.

~ 29 ~
Nie próbuj tego znowu.


Jak najprędzej znaleźli się w domu Mikaelsonów, napotykając w salonie Rebekę, która zdawała się być poza całą zaistniałą sytuacją. Nawet nie zwróciła na nich uwagi. Stefan kiwnął Bonnie, żeby poszła sprawdzić gdzie jest Caroline i przy okazji z nią poczekać. On chciał porozmawiać z Pierwotną, chociaż sam nie wiedział o czym. Bennett bez słowa udała się szukać tymczasowego miejsca pobytu ich przyjaciółki.
Salvatore podszedł do blondynki, która nareszcie uniosła na niego leniwy wzrok znad piłowanych przez nią paznokci. Chciał się jakoś przywitać, ale Rebekah go w tym uprzedziła.
- Dziwne, nie? Wszyscy bardziej zajęli się tą głupią blondynką zamiast moim zaginionym bratem – powiedziała arogancko i z lekkim smutkiem w głowie, po czym wróciła do zajęcia sprzed chwili.
Mikaelson była zawiedziona na swoich braciach. Zawsze powtarzali, że to rodzina jest najważniejsza, a oni woleli hasać wesoło ze swoimi „ukochanymi”. Co za ironia.
Blondyn nagle stracił jakiekolwiek chęci na rozmowę z Rebeką. Nie spodziewał się, że pierwsze jej słowa będą właśnie takie. Przecież mimo wszystko Pierwotna choć w małym stopniu polubiła Caroline, a jednak pokazuje każdemu, że jest inaczej.
- Caroline nie jest głupia – odparł spokojnie Stefan, nie chcąc wdawać się w kłótnie z Mikaelson.
- Oczywiście, że nie – mruknęła ironicznie – według was.
- Nie potrafię zrozumieć, czemu jej tak nienawidzisz – oznajmił Salvatore, już lekko zdenerwowany postawą blondynki.
- Hm… od czego zacząć? – udała, że się zastanawia z szerokim i sarkastycznym uśmiechem.
Stefan pokiwał głową i oderwał od niej wzrok z zawiedzeniem. Pomyślał przez moment nad czymś i znowu na nią spojrzał.
- Nie możesz znieść myśli, że Klaus interesuje się kimś więcej niż tylko Tobą – powiedział w końcu z uśmiechem.
- Że co? – wampirzyca uniosła brwi i parsknęła śmiechem.
Naprawdę nie rozumiała, dlaczego wszyscy myślą, że jej brat czuje coś do tej świrniętej blondyneczki? Może i miał lekką słabość do Caroline, ale to nie świadczyło o jego uczuciach. Zapewne teraz ją wykorzysta, a kiedy dostanie co chciał, to porzuci ją bez mrugnięcia okiem. Tego Rebekah była pewna na więcej niż sto procent.
- I w dodatku nie potrafisz się przyznać – dodał. – Właściwie… nie wiem czemu siedzę tutaj, zamiast iść do Caroline – mruknął i odwrócił się od niej.
- No pewnie, idź do niej – mówiła za nim – ale nie oczekuj niczego więcej oprócz złamanego karku – prychnęła, jednak Stefan nawet nie zwrócił na nią uwagi.
Rebekah wbiła wzrok przed siebie i wywróciła oczami, po czym wróciła do piłowania paznokci, udając że nic się przed chwilą nie wydarzyło. A prawda była inna. Chciała, żeby Stefan porozmawiał z nią dłużej niż pięć minut i ich temat na pewno był inny od Forbes. Ale na to najwidoczniej musiała poczekać.



Silas trzymał w obu rękach kielich z krwią Kola i nachylał się lekko nad nim, wypowiadając jakieś zaklęcie, którego Pierwotny nie mógł w ogóle zrozumieć. To nawet nie była łacina. Mimo sytuacji w jakiej się znalazł, uśmieszek z twarzy Mikaelsona nie schodził nawet na sekundę. Był niemalże pewien, że jednak plan Silasa się nie powiedzie i to dzięki Jeremiemu. Na pewno jak z tego wyjdzie, to mu podziękuje. Na swój sposób.
Silas dalej mówił zdania, które sprawiły, że krew z pucharu zaczęła się unosić. Najpierw jedna mała kulka, potem druga, trzecia i czwarta. Przez chwilę wisiały nieruchomo w powietrzu, a po jednym słowie czarownika, które brzmiało „připojit”, gwałtownie złączyły się w całość i w końcu krew opadła z powrotem do kielicha. Blondyn posłał znaczące spojrzenie Carter, że to jej kolej.
Elizabeth ostatni raz spojrzała na Gilberta i z cichym westchnięciem uniosła kołek ze zwykłego drewna. Nie miała pojęcia, że ze zwykłego kołka można zrobić broń zabijającą Pierwotnych. Nie wiedziała też, skąd Silas wie tyle, skoro był zamknięty przez 2000 lat.
- Peg ligno mortifero fit cum primum ei flunk sanguine, et humus ejus in sæculum, et in ultimum album quercu – podczas gdy blondynka wypowiadała kolejne słowa zaklęcia, Silas oblał kołek krwią z pucharu i posypał go proszkiem z białego dębu.
Mikaelson patrzył z coraz mniejszym uśmiechem na to, co działo się przed jego oczami. Zwykły kawałek drewna, który ktoś wystrugał na szybko, zmieniał swój kolor na biały, a krew szybko ułożyła się w podwójną spiralę. Czy… czy oni właśnie zmienili najzwyczajniejszy kołek w kołek z białego dębu?



Szatynka wrzasnęła z bólu, jaki dostarczała jej Davina. Ból był wręcz nie do zniesienia, dlatego niemalże od razu Katherine podjęła decyzję o odsunięciu się od Carter, co jej nie wyszło, bo po prostu nie dała rady.
- Przestań! – krzyknęła prawie że błagalnie, czując że zaraz opadnie z sił i już nigdy więcej nie wstanie. – Po prostu przestań!
Wiedźma spokojnie puściła ją, na co Pierce złapała się za głowę, oddychając głęboko. Nawet teraz czuła, jak wszystko ją rozrywa od środka.
- Muszę to zrobić, jeśli chcesz być z powrotem wampirem – powiedziała Davina i spojrzała na nią z lekkim współczuciem.
Katherine uniosła wzrok na dziewczynę w dalszym ciągu nie mogąc uspokoić oddechu. Nagle wzięła jeden, głęboki wdech i wyprostowała się, opuszczając ręce wzdłuż tułowia. Dla powrotu do bycia nieśmiertelną zrobi niemal wszystko. Nawet jeśli ma to boleć jak cholera. Przełknęła ślinę i pokiwała głową, z początku niepewnie, jednak potem zdecydowanie wbiła wzrok w Carter.
- Zrób to – mruknęła stanowczo.
Kiedy ręce Daviny kierowały się w jej kierunku, Kath zamknęła oczy i zacisnęła mocno zęby. Musiała wytrzymać.
Niebieskooka złapała jej głowę w dłonie i z powrotem przymknęła powieki. Skupiła się i po chwili znowu usłyszała krzyk Kateriny. Dla Daviny to też nie było łatwe słyszeć, jak ktoś przez nią cierpi. Nawet jeśli tą osobą była taka irytująca Katherine Pierce. Ale w końcu robi to dla jej dobra, nie dla własnego. Pomimo wrzasków Petrovej, Davina ani na chwilę nie zaprzestała czyszczenia jej krwi, dopóki nie zrobiła tego do końca.
- Już – rzuciła po dość długim czasie, według Katherine i puściła jej skronie z lekkim uśmiechem.
Pierce czuła, jak ból odchodzi od niej i zastępuje go ulga. Podniosła się gwałtownie i nagle poczuła, jak jej powieki z wielkim ciężarem opadają. Z trudem próbowała je utrzymać, jednak na nic się to nie zdało. Za chwilę widziała tylko ciemność.



Bonnie wparowała do pokoju, gdzie prawie wpadła na Klausa. Chyba weszła w nieodpowiednim momencie, bo atmosfera w tym pomieszczeniu nie była zbyt przyjemna.
- I nareszcie – Caroline klasnęła w dłonie – Bonnie Bennett we własnej osobie – wstała i przekrzywiła lekko głowę, przyglądając się brunetce. – Schudłaś – powiedziała po chwili i uśmiechnęła się szeroko.
- Caroline – zielonooka podeszła do Forbes i chciała ją przytulić, jednak tamta nie wyrażała żadnych chęci, aby to zrobić.
- Czy ja mam napisane na czole „darmowe przytulaski”? – zapytała blondynka z sarkazmem. – Mogę już iść? Ten kolor źle na mnie wpływa – Care wskazała z obrzydzeniem na ściany pokoju.
- Caroline, dlaczego to zrobiłaś? – spytała Bennett z wyrzutem.
- Bonnie – zaczęła blondynka, jakby mówiła do małego dziecka i położyła brunetce rękę na ramieniu – a dlaczego nie? – uśmiechnęła się szeroko i odeszła od nich trochę.
Była pewna, że jeśli spróbuje postawić choć jeden krok w stronę drzwi albo Klaus albo Bonnie zatrzyma ją. No, przynajmniej Klaus, bo siła Bennett nie dorównywała wampirowi.
Brunetka patrzyła z niedowierzaniem na Caroline. Może i każdy inny wampir wyłączyłby uczucia w takim przypadku, jaki miała Forbes, ale nie Care! Bonnie była o tym przekonana w stu procentach. Przez myśl przebiegło jej, że to Klaus maczał w tym palce, ale nie wyglądał, jakby to on zahipnotyzował dziewczynę.
- Wreszcie rodzinka w komplecie – powiedziała ironicznie Caroline, kiedy dołączył do nich Stefan.
- To nie jesteś Ty, Caroline – stwierdził Salvatore, zmniejszając odległość między nimi.
Klaus stał w progu, opierając się bokiem o ścianę i krzyżując ręce na klatce piersiowej. Oni naprawdę byli tacy głupi, sądząc że ich głupie gadki przywrócą jej człowieczeństwo? Jakby to miało być powodem, dla którego z powrotem włączy uczucia. Pierwotny wywrócił oczami.
- To wciąż ja – odparła – tylko, że tamta część mnie po prostu umarła – wzruszyła ramionami. – Poza tym, powinieneś wiedzieć o tym co nie co, Rozpruwaczu – uśmiechnęła się przesłodko. – Masz więcej krwi na rękach niż nie jeden wampir, a jej wciąż przybywa, co nie? – powiedziała, z zadowoleniem oglądając jak ich miny są coraz bardziej przerażone.
No, może oprócz Mikaelsona, który roześmiał się na koniec jej „przemowy”. Pokiwał głową, udając że jest pod wrażeniem, ale na jego ustach wciąż tkwił głupi uśmieszek.
Zirytowana Forbes przeniosła na niego wzrok i w sekundę znalazła się przed nim, chcąc złamać mu kark, jednak role się zamieniły i to Klaus trzymał Care.
- Nie próbuj tego znowu, kochana – uśmiechnął się lekko, starając się pozostać opanowanym.
- Widzę, że polubiłeś swoje nowe hobby – wysyczała wampirzyca i próbowała uwolnić się z uścisku Hybrydy.
Te słowa wkurzyły Niklausa jeszcze bardziej, przez co bez zawahania złamał blondynce kark i mimo wielkiej ochoty zostawienia jej na tej podłodze, wziął ją w ramiona. Teraz wyglądała tak niewinnie, ale kiedy tylko się obudzi… wolał jak najszybciej przywrócić ją do normalności. Nawet jeśli nie chciałaby z nim gadać. Wolał ją, kiedy odtrącała go za każdym razem jak postanawiał podjąć rozmowę, niż teraz, kiedy tak z nim pogrywała.



Damon razem z Eleną schowali się za jakimiś drzewami i obserwowali przez chwilę to, co się dzieje z wielkim zdziwieniem. Uziemiony Kol, jakaś dziewczyna i Silas. Gilbert spojrzała na Salvatora, który nie zamierzał nawet odwrócić wzroku od tej dziwnej sytuacji. Najwidoczniej nie tylko im przeszkadzają Pierwotni.
Po chwili Elena zwróciła oczy w kierunku samochodu, gdzie dostrzegła Jeremiego. Już miała do niego podbiec, ale nie mogła zrobić tego ot tak. W dodatku Jer dawał jej jednoznaczne sygnały, żeby zrobiła coś z Silasem. Szturchnęła bruneta i kiwnęła głową w stronę blondyna, wymawiającego jakieś zaklęcie razem z nieznajomą jej blondynką. Nie dając Damonowi czasu na reakcje, podbiegła do Silasa, jednak ten nawet nie patrząc na nią, ruszył ręką w sposób, że odleciała parę metrów dalej.
- Elena – wyszeptał Salvatore wściekły za jej pochopne postępowanie.
Nie mógł zrobić nic innego, jak wkroczyć. Zmaterializował się przy blondynie, chcąc go zaatakować, ale skończył podobnie co Elena.
- Widzę, że Jeremy przysłał wsparcie – powiedział Silas, dopiero teraz patrząc na wampirów. – Przykro mi, spóźniliście się – dodał z uśmiechem i chwycił w ręce kołek. – Elizabeth – rzucił znacząco, a dziewczyna już wiedziała co miała robić.
Carter z lekkim przerażeniem patrzyła na Elenę i Damona, którzy chyba mieli zamiar się podnieść.
- Tak mi przykro, Jer – wyszeptała ze łzami w oczach, zwracając wzrok w stronę młodszego Gilberta.
Wystarczył jeden ruch jej dłoni, aby złamać karki obydwóm wampirom. Opuściła dłonie wzdłuż tułowia i odwróciła głowę w innym kierunku, dostrzegając zawód w oczach Jeremiego.



Elijah wyszedł z pokoju Hayley, kiedy wypytał o wszystko, a mulatka od razu złapała za telefon. Spojrzała na drzwi, czy aby na pewno nikt jej nie podsłuchuje i wybrała numer do jej ukochanego. Odeszła parę kroków dla pewności, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby zakłócać jej prywatność.
- Hay? – odezwał się zdziwiony Tyler i przeklął w myślach, że akurat teraz zadzwoniła.
- Tyler, jest coś o czym muszę Tobie powiedzieć – rzuciła natychmiast, nie chcąc marnować czasu na zbędne wstępy.
- Czy to nie może poczekać? – spytał prosząco i rozejrzał się wokół.
Marshall zmarszczyła brwi, zdumiona zachowaniem Lockwooda. Przecież zawsze ją wysłuchał, a teraz nagle nie ma czasu? Dla niej? To nie było tylko dziwne, to było wręcz niemożliwe. Może i Tyler ma prawo mieć swoje własne sprawy, ale jeszcze nigdy wcześniej nie ukrywał czegoś przed nią.
- Nie, nie może, Tyler – powiedziała stanowczo.
Brunet po drugiej stronie westchnął, opanowując się trochę. Wzniósł oczy do nieba i wyszedł z pomieszczenia w jakim się znajdował.
- Okej, mów co się stało – odparł w końcu, zmieniając swoje nastawienie.
- Więc przyjechała Caroline – zaczęła, na co Hybryda zmarszczyła brwi – z wyłączonymi uczuciami. Chciała mnie zabić.
Bruneta zdenerwował ten fakt. Wyłączanie uczuć to jedno, ale rzucanie się na Hayley to o wiele poważniejsza sprawa.
- Jest z Klausem. Zgadłem? – próbował być spokojny, jednak nie bardzo mu to wychodziło.
- Tak, chyba im nie zależy na mnie tak bardzo jak na przywróceniu jej człowieczeństwa – odpowiedziała, rozumiejąc co powiedziała dopiero po chwili.
- Czekaj – mruknął ciemnooki – jakim IM? – zapytał podenerwowany.
- Tyler – zaczęła Marshall, wiedząc jaki wielki błąd teraz popełniła.
- Nie, Hayley, nic nie mów, wszystko rozumiem – warknął i rozłączył się.
Lockwood odłożył komórkę do kieszeni spodni i przejechał ręką po twarzy, chcąc tym samym zetrzeć z siebie wściekłość. A więc Hayley była z Klausem. Co ona przed nim ukrywała? Czyżby spała z Mikaelsonem przez ten cały czas?
Tyler wrócił wkurzony do szopy i rozejrzał się po masie ludzi, a właściwie wilkołaków. Nie potrafił teraz trzeźwo myśleć. Chciał do tego dopuścić jak najszybciej.
- Jedziemy – powiedział i uśmiechnął się sarkastycznie.



Marcel spojrzał ze zdziwieniem na Davinę, która tak samo patrzyła na nieprzytomną Katherine. Z pomocą Gerarda położyli ją na łóżku.
- Co jej się stało? – zapytał wampir.
- Cóż, chyba trochę osłabła – odparła cicho. – To zaklęcie jest naprawdę bolesne, musiało ją osłabić – wyjaśniła i przeniosła wzrok na murzyna. – Wszystko będzie z nią w porządku – dodała, jakby to miało pocieszyć Marcela.
- Dzięki, Davina – Gerard uśmiechnął się do czarownicy i przytulił ją.
- Ale… dlaczego Ty mi dziękujesz? – spytała po chwili, odrywając się od wampira.
- Zakładam, że ona tego nie zrobi – powiedział, na co szatynka roześmiała się wesoło.
Niebieskooka podeszła do Petrovej i przyjrzała jej się. Wyglądała zadziwiająco normalnie, aż trudno było uwierzyć, że ta dziewczyna to jedna z najgorszych osób na świecie. Carter chciałaby ją poznać od tej lepszej strony, bo była przekonana, że Katherine takową ma. Przecież nie znała ani kawałka historii Pierce, dlaczego stała się taka zdzirowata i nie mogła jej krytykować mimo wszystko. Może kiedyś nadejdzie taka okazja.
Dziewczyna leżąca obok Daviny otworzyła ledwo oczy i rozejrzała się wokół, po czym zatrzymała wzrok na dwóch rozmazanych postaciach, które z czasem przybierały coraz wyraźniejsze kształty. No tak, zemdlała. Zamrugała kilkakrotnie powiekami i podniosła się na łokciu, wolną ręką łapiąc się za głowę.
- Czemu czuję się, jakbym umarła po raz setny? – spytała, starając brzmieć groźnie, jednak przez ból w głowie i w każdym innym zakamarku jej ciała nie dała rady.
- Zemdlałaś – uświadomił ją Marcel – i przy okazji uderzyłaś się w głowę – dodał.
- Och, czuję się świetnie, dzięki za troskę – mruknęła z sarkazmem.
- Na pewno? – spytał wampir, podchodząc bliżej.
- Tak, na pewno – syknęła na niego i przeniosła wzrok na Davinę. – Mam nadzieję, że to zadziałało, bo inaczej będę zmuszona wrócić jakoś z drugiego wymiaru i Cię zabić – powiedziała ostro Kath, a po chwili uśmiechnęła się do dziewczyny.
Czy ta kobieta naprawdę nie potrafi być miła przez chociaż pięć minut? Naprawdę?!
- Nie martw się, na pewno podziałało – burknęła poważnie Davina. – A teraz możecie iść.
- Hej, hej, hej! – Katherine zareagowała od razu łapiąc dziewczynę za nadgarstek, kiedy ta chciała odejść. – Nie mam gdzie się przenocować – dodała szybko Katherine. – I założę się, że u Marcela wszyscy będą chcieli mnie zjeść, więc nie będę czuła się za bardzo komfortowo – powiedziała jeszcze.
- Serio?! Nie zamierzam z tobą przebywać w jednym pokoju, ani tym bardziej spać! – krzyknęła Davina wyprowadzona z równowagi, a okna otworzyły się gwałtownie i trzasnęły z hukiem.
- Hej, spokojnie, Davino – wtrącił się Gerard i złapał Carter za ramię. – Katherine pójdzie ze mną. Na pewno nikt nie będzie chciał Cię zjeść – zwrócił się do Pierce.
Nastała chwila ciszy, przez którą Katerina przetrawiała to, co powiedział właśnie Marcel. Jakoś nie widziało jej się mieszkanie z tym wkurzającym wampirem, ale raczej mu się nie sprzeciwi. Mogła też uciec nocą i znaleźć śmiałka, który zamieni ją w wampira, a potem wróci do Elijahy. Na samą myśl o Pierwotnym zrobiło jej się ciężej na sercu, jednak szybko odrzuciła od siebie to uczucie, wiedząc, że wszystko co teraz robi, jest po części po to, żeby mogła być razem z Mikaelsonem już na zawsze. W dosłownym znaczeniu tych słów.
- Niech będzie – rzuciła w końcu i podniosła się z łóżka – ale nie zapominaj, że jestem człowiekiem i mam swoje potrzeby – zmrużyła oczy i ominęła Gerarda.
- Nie ma za co – powiedziała Davina, kiedy zamknęły się za nimi drzwi i usiadła na materac.



Elijah usiadł obok swojej siostry, nie chcąc wiedzieć co dzieje się na górze między nimi wszystkimi. Miał dość Caroline, chociaż zalazła mu za skórę tylko raz. Zamiast blondynki pojawiła się Katherine. A wyobrażenie jej z Marcelem kłuło go w serce. Nie mógł wciąż rozmyślać o Katerinie, kiedy on sam pozwolił jej odejść. I to była pośrednio jego wina, że Pierce jest teraz z Marcelem, robiąc Bóg wie co.
- Słyszałam Twoją rozmowę z Hayley – odezwała się Rebekah.
Na całe szczęście, bo właśnie pomogła mu przerwać jego myśli, które zamierzał zaprzestać jak najszybciej.
- Podsłuchiwałaś nas – poprawił ją.
- Zbliżyliście się ostatnio – blondynka spojrzała na niego, ignorując słowa Elijahy. – W sumie wolę ją od Katherine – dodała.
A jednak nie pomogła. Najstarszy Pierwotny nie był istotą, która zwierzała się każdemu po kolei, nawet jeśli tą osobą była jego rodzona siostrzyczka. To, co powiedziała teraz zirytowało szatyna, ale nie pokazał tego, jedynie wywrócił oczami. Gdyby oni wszyscy znali Katerinę od tej właściwej strony, to pewnie pokochaliby ją tak mocno, jak On to zrobił.
- Nie na tyle, na ile myślisz, siostro – odparł poważnie. – Hayley jest przyjaciółką – wytłumaczył i westchnął, chcąc coś powiedzieć, ale tego nie zrobił.
- Tak na marginesie – Rebekah poprawiła się na kanapie w sposób, że teraz siedziała bardziej w kierunku brata – gdzie jest Katherine? – zapytała i uniosła brwi.
Więc jednak nie odpuści. Elijah chciał porozmawiać z blondynką, byle tylko oderwać myśli od Petrovej, ale Rebekah najwidoczniej chciała porozmawiać właśnie o NIEJ. Szatyn wstał, co zdziwiło niebieskooką.
- Wyszła – odparł lakonicznie i odszedł w stronę drzwi wyjściowych.
- Jak to wyszła? – spytała dalej zdumiona Rebekah i stanęła przed bratem. – Jakieś kilka dni temu nie wyglądała na taką, co by chciała gdziekolwiek stąd wychodzić – rzuciła, a Elijah odwrócił głowę na bok.
- Najwidoczniej zmieniła zdanie – powiedział i wrócił wzrokiem na blondynkę.
- Nie wierzę – zmarszczyła brwi, po czym przytuliła Elijahę, co go lekko zszokowało. – Mówiłam, że to kłamliwa zdzira – niemalże warknęła.

Pierwotny nie chciał w to wierzyć. Zresztą, sama Katherine zaprzeczyła temu, że chciała go wykorzystać do własnych celów i że chodziło tylko o to. Sam widział jej oczy, które miały w sobie tyle emocji za każdym razem, kiedy tylko go widziała. Nie zrobiłaby tego. Nie jemu. Nie znowu.  


***
OKI. Spóźniłam się co prawda o 20 minut, ale co tam. Rozdział jest. Za dużo rozpisywać się nie będę. Dzięki za wszystko i w ogóle. <3 Pozdrawiam, życzę słoneczka i ciepełka, ale nie aż takiego, żeby pocić się siedząc, duuużo lodów i basenu albo jeziora, no i wspaniałych przygód! <3
love, love, love,
ArtisticSmile. <3

PS. No to serio się nie rozpisałam. xD

niedziela, 6 lipca 2014

28. | Nie zabiję Cię, obiecuję.

~ 28 ~
Nie zabiję Cię, obiecuję.


Szatynka podejrzewała do czego zmierza Marcel, wypytując ją o Pierwotnych, jednak ta nie zamierzała przyznawać się do tego, że ich zna. I to bardzo dobrze. Poza tym jeśli rozmawiałaby o Elijahy, od razu zaczęłaby o nim myśleć, a to wolała odkładać, najlepiej w nieskończoność.
- Więc… jaki jest Twój plan na wielką zemstę? – zapytała szybko, żeby Marcel nie zdążył się odezwać.
- Myślałem, że mi w tym pomożesz – powiedział.
- Serio? Nie wydaje mi się, żebyś nie mógł poradzić sobie z tą dwójką – prychnęła arogancko i założyła ręce na klatkę piersiową. – Ja dawałam sobie radę – dodała.
- To dlaczego jesteś człowiekiem? – uniósł brwi, czym sprawił, że Katherine zamilkła na krótką chwilę.
Okej, oprócz tego momentu, to zawsze z nimi wygrywała. Była krok przed nimi, a potem niszczyła. To, że raz byli górą, nie znaczy że już tam pozostaną. Na pewno łatwo było ich stamtąd zrzucić. Wystarczy zostać wampirem.
- Wracajmy do Daviny. Powinna już coś mieć – zmieniła temat, na co Marcel uśmiechnął się lekko.
Coś było w tej dziewczynie, że chciał jej pomóc. A z drugiej strony miał ochotę pozbyć się jej jak najszybciej. Ale to Katherine mogła doprowadzić go do Eleny i Damona, a to był jego priorytet. Jak na ten czas.



Wyglądało, że wszystko jest już gotowe. Księżyc wbił się prawie na sam szczyt, więc to była tylko kwestia czasu, aż zaczną. Jeremy siedział w samochodzie, nerwowo patrząc to na zegarek, to za tylną szybę. Elizabeth stała przy Silasie, wpatrując się w młodszego Gilberta z nadzieją, że jego „plan” wypali. Cokolwiek nim było. Ponadto pomysł Silasa bardzo jej się spodobał, ale przecież nie mogła zawieść Jeremiego. Jednak obiecała sobie, że jeśli myśl Jera nie wypali to pomoże Silasowi, mimo wszystko. Nawet jeśli potem Gilbert miałby ją znienawidzić. Wcześniej potrafiła bez niego żyć, teraz też powinna przeżyć.
Kol stał znowu unieruchomiony tym razem przez Elizabeth i wcale mu się to nie podobało. Zaledwie minuty dzieliły go od tego, żeby cała jego rodzina zginęła. Przez NIEGO. Silas podszedł do niego z jakimś złotym pucharem. Był całkiem stary, z tego co można było zauważyć. Mikaelson zmrużył na niego oczy i prychnął.
- Nie dam Ci mojej krwi – warknął.
- Nawet nie zamierzałem pytać – odparł blondyn z uśmiechem, który zawsze irytował Kola.
Był taki spokojny, pewny siebie, jakby był najpotężniejszą istotą na całej kuli ziemskiej.
Silas wyciągnął przed siebie naczynie i przymknął oczy, a Kol uniósł brew patrząc na jego poczynania. Jakież wielkie było zdziwienie Pierwotnego, kiedy jego prawa ręka zaczęła samoistnie podnosić się do góry i pomału wyprostowywać. Próbował opanować swoją własną kończynę, jednak nie udało mu się to, mimo ogromnego wysiłku jaki w to włożył. Po chwili z głównej żyły Mikaelsona wypłynęła krew wprost do pucharu trzymanego przez Silasa. Może i ledwo cokolwiek czuł, ale nie było to zbyt przyjemne uczucie, jakbyś był kranem i ktoś właśnie Cię odkręcił.
Kol odzyskał władzę nad swoją ręką, dopiero w chwili, kiedy Silas już miał to, czego potrzebował. Po ranie nie było widać ani śladu. To nie zmieniało tego, że teraz czarownik ma wszystko, aby dokończyć swój plan.
- Spokojnie, Kol, tak będzie lepiej dla nas wszystkich – rzucił i roześmiał się na widok zaciętej miny Mikaelsona.
- Martwy, czy nie - i tak nie masz ze mną szans – powiedział Pierwotny, uśmiechając się nagle wesoło.
- Przykro mi, ale nie licz na zemstę, bo raczej Ci nie wyjdzie – blondyn wzruszył ramionami i odszedł od niego.
Kol w dalszym ciągu uśmiechał się, tym razem przebiegle. Zerknął w stronę Gilberta, który spojrzał za siebie wyraźnie zniecierpliwiony. W końcu się na coś przydałeś, kolego, pomyślał Mikaelson, poszerzając swój uśmiech.



Bonnie szła pogrążona we własnym myślach, które cały czas ją dręczyły, mimo tego, że minęło już tak dużo czasu od tamtych chwil. Za nic nie potrafiła zapomnieć, chociaż naprawdę bardzo chciała. Brunetka była wręcz pewna, że coś jest nie tak, ale nie miała pojęcia co to mogło być. Bo przecież kochała Jeremiego, a jednak tak po prostu pozwoliła mu odejść i zostać z Elizabeth. Żadnego żalu, złości, zazdrości… nic. Jakby w ogóle jej nie zależało na Gilbercie.
Z zamyślenia, na jej szczęście, wyrwał ją telefon Stefana, który niemalże natychmiast go odebrał.
- Caroline wpadła na herbatę – usłyszał zdenerwowany głos Klausa i zwolnił swoje tempo, co też zrobiła Bennett. – Radzę wam się pospieszyć – powiedział Niklaus, co Salvatore odebrał jako groźbę.
- Zaraz będziemy – rzucił blondyn i rozłączył się, kierując wzrok na dziewczynę. – Caroline poszła do Mikaelsonów i lepiej, żebyśmy tam poszli zanim Klaus zrobi coś głupiego – dodał, a zielonooka pokiwała głową.
Nie mogła uwierzyć w to co się dzieje. Wszystko tak nagle odwróciło się do góry nogami, gdy tylko wróciła z Las Vegas. Spodziewała się przemiłych wakacji z przyjaciółmi, a jedyne co dostała to przyjaciółkę pozbawioną emocji. Musieli jej pomóc. Nie chciała powtórki z rozrywki, kiedy to Elena miała wyłączone uczucia. Musieli działać szybko.



Davina znudzona przewróciła kolejną stronę książki i nareszcie jej oczom ukazało się coś przydatnego. Od razu ożywiła się i podniosła do siadu, kładąc księgę przed sobą i czytając kolejne wersy. „Lekarstwo odczynia zły urok, miesza się z krwią, wchodzi w serce. Grzech nie pozbywa się tego, co już raz zostało wypite – pozostaje na zawsze.” Koniec. Można by pomyśleć, że pisał to jakiś wariat pod wpływem alkoholu, jednak Carter idealnie zrozumiała przenośnię. Więc jedyne, co musiała zrobić to wyczyścić krew Katherine. W ten sposób Pierce będzie w pewnym sensie zwykłym człowiekiem i nie będzie miała żadnego problemu z przemianą w wampira. Chociaż Davina nie miała zielonego pojęcia, jak to wpłynie na jej wiek, bo Katerina żyje już ponad 500 lat, ale nie przejmowała się tym zbyt długo. Najważniejsze, że pozbędzie się nieproszonego gościa szybciej niż tego oczekiwała i powróci do normalnego życia. Tak jakby normalnego. Na tę wspaniałą myśl uśmiechnęła się szeroko i chwyciła za telefon, aby zadzwonić do Marcela, jednak nie zdążyła go nawet odblokować, a w progu pojawił się Gerard razem z Petrovą.



Hayley podkuliła nogi pod brodę i przymknęła oczy, wzdychając ciężko. Gdyby nie Elijah, to z pewnością umarłaby z rąk Caroline. Do tej pory nie miała pojęcia, jak wampirzyca dowiedziała się, że ona tutaj przebywa i w dodatku po co do niej przyszła. Skoro jej się nudziło, to mogła porobić masę innych ciekawszych rzeczy do roboty niż zabicie jej.
Nagle poczuła, jak łóżko niedaleko niej zapada się, a ktoś kładzie rękę na jej ramieniu. Hayley nie musiała zgadywać, żeby wiedzieć, kto jest tym „ktosiem”. On jako jedyny z całego tego towarzystwa przejmował się choć w małej części. Marshall uśmiechnęła się lekko, podnosząc powieki i patrząc na pocieszający uśmiech Elijahy.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
Martwił się o nią. Hayley była osobą, która mogła zjednoczyć rodzinę Mikaelsonów, ale była także dla niego młodszą siostrą.  Może i Elijah nie był z dziewczyną aż tak blisko jak z Rebeką, jednak odczuwał podobne potrzeby chronienia Hay za wszelką cenę. A teraz to właśnie ona potrzebowała jego pomocy.
- Jest okej – odparła i pokiwała lekko głową. – Oprócz tego, że Klaus na pewno zabije mnie za mój sekretny związek z jego wrogiem i przy okazji jego też – mówiła, kiwając dalej głową, po czym zacisnęła usta, tworząc coś na pozór linii i spojrzała przed siebie.
Pierwotny zmarszczył brwi na jej słowa, uważnie obserwując jej wyraz twarzy. Po chwili zdobył się na to, żeby pochwycić dłoń szatynki i spojrzeć jej w oczy. Mulatka lekko zdezorientowana, ale nie dała tego po sobie poznać, wróciła wzrokiem na wampira i zmrużyła lekko oczy, zastanawiając się co powie. W rzeczywistości była mu bardzo wdzięczna, że próbuje ją pocieszyć.
- Nie pozwolę mu na to – powiedział to tak dosadnie i prawdziwie, że Hayley uwierzyła mu bez wahania.
Wymienili się szczerymi uśmiechami, dalej trzymając się za ręce i patrząc sobie nawzajem w oczy.





Jechali przez las, a Elena z każdym kolejnym metrem zdawała sobie sprawę, jak bardzo jest źle. Dopiero teraz zadała sobie naprawdę ważne pytanie: Jak Jeremy znalazł się w Las Vegas?! Miał być w domku nad jeziorem, a on tymczasem okłamywał ją i pojechał na drugą stronę Stanów. Nie sądziła, że jej własny brat zrobi jej coś takiego i w dodatku teraz jest w kłopotach. Ciekawe, czy kiedykolwiek dowiedziałaby się, gdyby nie to?! Jaki on musiał być głupi myśląc, że Elena nigdy się o tym nie dowie i to mu ujdzie płazem. Sama Gilbert nie wiedziała, czy jest bardziej zła czy zawiedziona? W końcu pokręciła głową i westchnęła zła, opadając na oparcie fotela.
Vanjah za to zastanawiała się, gdzie oni właściwie ją wywożą? Nie mówiła nic od czasu, kiedy ją tak bez powodu zabrali ze sobą, co było do niej niepodobne. Zawsze była taka rozgadana, że ludzie nie potrafili jej zamknąć, no chyba, że tą osobą był Kol. Nie! Wyjechała od niego, nareszcie, i już więcej na niego nie trafi. Ani na niego, ani na tą chorą niby-wnuczkę czarownicę Elizabeth. Na całe szczęście. Nie należała do osób, które lecą na każde zawołanie swojej rodziny i nie należała do takich, co jakkolwiek chcą ją poznać. Życie w „samotności” całkowicie jej odpowiadało i nie było żadnego motywu, żeby to zmieniać. Ta cała Liz działała jej na nerwy, mimo że jej praktycznie nie znała, to i tak nie polubiła jej za bardzo. I raczej nie zmieniłaby tego dobra kawa, czy pogaduszki nocami. O nie. Na samą myśl o takim czymś Van miała mdłości. Okej. Temat o rodzince zakończony. Do końca jej nieśmiertelnego życia.
Postanowiła się odezwać, żeby przerwać te głupie myśli i niezręczną ciszę w samochodzie, zakłócaną przez cicho grające radio.
- Chyba nie jedziecie na jakieś tajne spotkanie mnichów, co? – zapytała, wstawiając głowę między przednie siedzenia. – Tak na marginesie, nie jestem dziewicą – dodała tak poważnie, aż Elena stwierdziła, że Carter mówi serio.
Gilbert odwróciła głowę w jej kierunku z dziwną miną, nie chcąc wchodzić w jakieś błahe rozmówki z Van, skoro gdzieś tam Jeremy czeka na pomoc. W końcu wywróciła oczami i wbiła wzrok z powrotem przed siebie.
- Mamy o wiele lepsze rzeczy od rozdziewiczania dziewic, blondasko – rzucił Damon, na co Vanjah prychnęła.
- No tak. Ty i rozdziewiczanie? – Carter udała zdziwioną. – Nawet świń nie dałbyś rady – uniosła jedną brew, a Salvatore zmarszczył czoło na jej dziecinną gadkę.
- Serio? Nie mogłaś bardziej się wysilić? – mruknął wręcz z wyrzutem, że natrafił na niegodziwego przeciwnika, nawet Stefan był lepszy - czasami.
- Ta krew najwidoczniej źle na mnie działa – dygnęła ramionami i oparła się z lekkością o siedzenie. – Nie lubię niczego z drugiej ręki – dodała lekko oburzona tym, że w ogóle dali jej taką krew, zamiast czegoś świeższego.
- Tak, zrzuć to na krew – przewrócił oczami.
- Możecie przestać? – warknęła Elena, zwracając się do nich obydwu. – Już prawie jesteśmy – wskazała palcem przed siebie i kazała wyłączyć silnik Damonowi. – Resztę przejdziemy – oznajmiła i jako pierwsza wyszła z samochodu.
- Ona zawsze się tak rządzi? – zapytała Vanjah, patrząc za odchodzącą wampirzycą.
- Kwestia przyzwyczajenia – odparł krótko i uśmiechnął się ironicznie, co odwzajemniła Van.
Za chwilę także wyszli z auta i mimo wielkiej niechęci do dalszej podróży z tymi dwoma – Vanjah poszła za nimi, niesamowicie ciekawa, czego oni chcą w tym lesie. Wzruszyła lekko ramionami na swoje myśli i dogoniła ich z lekkim uśmiechem, jednak dalej trzymała się trochę z tyłu.



Dziewczyna otworzyła oczy i natychmiast złapała się za bolący kark. Warknęła ostro i podniosła się do siadu, przy okazji rozglądając się po całkiem ładnym pomieszczeniu. Uśmiechnęła się ironicznie, kiedy zatrzymała wzrok na Klausie, opierającym się o framugę drzwi i wpatrującym się w blondynkę.
- Witaj w świecie żywych, kochana – powiedział spokojnie z delikatnym uśmieszkiem i odbił się lekko od ściany, idąc do panny Forbes.
- Ulżyło Ci, co nie? – Caroline uniosła obie brwi z rozbawieniem. – Lubisz sztyletować swoje rodzeństwo, więc zakładam że łamanie mi karku musi być Twoim nowym hobby – pokiwała głową i z gracją wstała z miękkiego łóżka.
Niklaus nie dał po sobie poznać, jak bardzo był na nią wściekły. Chyba Caroline naprawdę nie miała pojęcia z kim zadziera. No, ale przecież ją to nie obchodziło. A jego wręcz przeciwnie.
- Nieprawda – machnął ręką wciąż mając na twarzy ten sam uśmiech, który był jedynie przykrywką.
- Och, nie mów, że nie sprawiło Ci to żadnej przyjemności – wymruczała i podeszła do niego na tyle blisko, żeby położyć mu wskazujący palec na klatce piersiowej.
- Może. Teraz jesteśmy kwita – odparł, dokładnie przypatrując się ruchom Care i z całych sił walcząc z pożądaniem, które ogarniało go z każdą sekundą ich bliskości coraz bardziej.
Przybliżyła się do niego, doprowadzając go wręcz do szaleństwa. Całkowicie zapomniał, że teraz Caroline nie jest tą samą Caroline, o którą niegdyś walczył. A może wcale nie chciał pamiętać? Może ta sytuacja bardzo mu pasowała, bo w końcu dostanie to czego chciał. Caroline.
Ich twarze znalazły się tak blisko, że mogli wyczuć bijące się ze sobą oddechy. Care uniosła wzrok z jego ust na oczy, dokładnie wyczuwając jego uczucia. Zbliżyła się jeszcze trochę, tak że prawie dotknęła warg Pierwotnego, przeciągając ten moment w nieskończoność. Niklaus z wyczekiwaniem stał, nie robiąc kompletnie nic, bo czekał, aż ona to zrobi pierwsza. Gdyby On to zaczął, nie byłoby już tak pięknie. Pragnął, żeby w końcu to się stało, żeby ich usta odnalazły siebie po długim czekaniu.
- Możesz łamać mój kark milion razy, ale nic nie zmieni tego, że nie jestem w Tobie zakochana – wyszeptała i uśmiechnęła się sarkastycznie, zauważając zmianę w minie Mikaelsona.
Stali nieruchomo jeszcze przez kilka sekund. Może i magia tej chwili prysła, jak bańka mydlana, ale Caroline wręcz potrzebowała nacieszyć się jego naiwnością. Nie mogła uwierzyć, że Klaus pomyślał, że oni mogą być razem. Nawet jeśli Forbes wyłączyła uczucia, to wcale nie jest taka głupia. Poza tym chciała się trochę z nim zabawić.
W końcu poruszyła lekko brwiami i odsunęła się od Hybrydy wciąż patrząc na niego z deka wyzywającym wzrokiem i uwodzicielskim uśmiechem.
Klaus stał lekko oszołomiony zachowaniem Forbes albo bardziej Swoim zachowaniem. Dał się wykorzystać i ogłupić młodej wampirzycy, która w dodatku czerpała z tego przyjemność. Dopiero kiedy blondynka wypowiedziała te słowa, zdał sobie sprawę, że nie może jej zostawić w takim stanie. Na początku wydawała się to dla niego super okazja, jednak teraz tak nie było. Chciał z powrotem dawną Caroline, nie tą bez uczuć. Ta była zwykłym potworem. Jak On.



Katherine z uniesionymi brwiami weszła do pokoju zaraz za Marcelem. Ta cała Davina wydawała się, według Kath, być jakaś psychiczna. Petrova nie miała najmniejszej ochoty przebywać w tym pomieszczeniu, ale jak mus to mus. Poza tym był jeszcze Marcel, który też okazał się jedną, wielką pomyłką. Ma tylu ludzi pod sobą i problemy z dwójką nędznych wampirów. No błagam, pomyślała ciemnooka z przekąsem.
- Do rzeczy – rzuciła Pierce i oparła teatralnie dłoń o jedno biodro, widząc, że Carter czeka na jakieś specjalne zaproszenie, aby przemówić.
Wystarczyło tylko, żeby zaczęła tupać nogą.
- Mam już sposób – powiedziała czarownica i podeszła do nich z szerokim uśmiechem.
Nagle na twarzy Katherine pojawił się pełen nadziei i szczęścia uśmiech, jednak starała się nie pokazywać tego, jak to miała już w zwyczaju. Nawet jako człowiek próbowała przybierać różne maski, co niestety nie wychodziło jej tak dobrze jak myślała.
- To świetnie – powiedziała z udawno-nieudawanym entuzjazmem – Czy możesz to wreszcie z siebie wydusić? Nie mam całej wieczności – dodała sarkastycznie.
- Zaczynam zastanawiać się, czy to dla Ciebie zrobić – rzuciła ostro Davina, zmieniając natychmiast swój humor.
- Cóż, wtedy Twój tatuś, czy kimkolwiek on jest – wzniosła oczy do nieba, wskazując na Marcela – nie będzie miał szans do zemsty i obiecuję – nałożyła nacisk na to słowo i spojrzała dosadnie w oczy wiedźmy – że nie zobaczy ich już nigdy więcej podczas jego długiego życia – na koniec uśmiechnęła się wyzywająco i założyła ręce na klatkę piersiową.
- Szantażujesz mnie? – Carter uniosła głos z lekkim niedowierzaniem.
- Oczywiście, że nie – odparła szybko i prychnęła rozbawiona – ja tylko ostrzegam – dodała. – To jak będzie? – uniosła brwi wyczekująco.
Davina i Marcel wymienili między sobą spojrzenia. Gerard dziwnie się czuł, słysząc jak one normalnie o nim dyskutowały, kiedy to On stał obok i wszystko słyszał.
- Muszę oczyścić Twoją krew – powiedziała Carter, wracając wzrokiem na Kath i od razu przechodząc do rzeczy.
- Że co? – Katerina pierwszy raz słyszała o czymś takim, jak czyszczenie krwi.
To w ogóle było możliwe?, zapytała samą siebie w myślach.
- Mam Ci pomóc, czy nie? – spytała, wcale nie czekając na odpowiedź. – Siadaj – wskazała na łóżko.
Pierce z lekkim ociąganiem usiadła na materacu i niepewnie spojrzała na czarownicę, która stała nad nią. Oczyszczanie krwi kojarzyło się Petrovie z wylaniem krwi i wlaniem innej, ale miała nadzieję, że jednak nie tak to będzie wyglądało. Już raz pozbyła się swojej krwi i nie było to zbyt przyjemne.
- Może zaboleć – mruknęła tylko i zamknęła oczy, podnosząc ręce na wysokość twarzy Katherine, jednak ta odsunęła się gwałtownie.
- Czekaj, czekaj. Chyba nie zamierzasz mnie zabić, nie? – zapytała z deka przerażona wizją takiej śmierci.
Davina jedynie wywróciła oczami.

- Nie zabiję Cię, obiecuję – powiedziała, a Katerina z pewnością powróciła na miejsce i przymknęła powieki, czekając na salwę bólu. 


***
HEHEHEHELLO! :D Witam Was wszystkich po małym urlopie z mojej strony. Tak tylko powiem, że nad morzem było spoko. :D 
Jeny! Jesteście moim szczęściem, hahah. :D Nie spodziewałam się tak dużej ilości komentarzy, a tu bam! Tyle miłych słów. I większość (jak nie wszyscy xD) nie lubi Caroline bez emocji. :( Ja tam ją lubię taką, hahah. xD Ale moje zdanie się nie liczy, wiem, więc już siedzę cicho. xD Dzięęęęki Wam, serio, takie wielkie BIG LOVE i w ogóle. <3 To takie miłe, że jesteście ze mną i czytacie ten szajs, hahah. <3 Więc dziękuję każdemu z osobna i razem i w ogóle w każdej możliwej kombinacji. <3 Wzruszyłam się :_( 
Mam nadzieję, że wakacje Wam lecą fajnie i przyjemnie, wiatr was owiewa w te ciepłe (upalne, gorące, duszne, ogólnietooranyprzecieżmożnasięugotowaćalecotam) dni. I oby leciały jak najlepiej. :D Ja też mam taką nadzieję, hahah. XD NO NIC. KOCHAM WAS, ELOSZKA. <3 
love, love, love,
ArtisticSmile. <3